Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Staszczyk

Zygmunt "Muniek" Staszczyk - wokalista, autor tekstów, producent muzyczny. Jest liderem zespołu T.Love, który zaczął działalność na początku lat 80. pod nazwą T.Love Alternative. Muniek współpracował z wieloma artystami i zespołami, m.in. z Maanamem, Katarzyną Nosowską, Pidżamą Porno, Habakukiem. Współtworzył też grupę Szwagierkolaska, z którą nagrał album "Luksus" z piosenkami do tekstów Stanisława Grzesiuka. W 2010 r. zadebiutował jako solista płytą "Muniek". Autor książki wspomnieniowej "T.Love. Dzieci rewolucji" oraz tomiku poezji "Ganja". Ma 53 lata, jest mężem Marty i ojcem dwójki dzieci: Jana (ur. 1990) i Marii (ur. 1993). W listopadzie tego roku ukaże się nowa płyta T.Love.

Małgorzata Domagalik: Możemy sobie mówić po imieniu?

Reklama

Muniek Staszczyk: Pewnie, Muniek.

Małgosia. Przeczytałam wywiad rzekę z tobą, przesłuchałam w ostatnich dniach chyba wszystko, o czym śpiewasz.

Wysłałem ci teraz teksty z naszej nowej płyty, tylko tak bez muzyki to trochę ciężko je czytać. Bo my dopiero kończymy ją w sierpniu. Cztery piosenki będę miał już w poniedziałek.

Gdzieś powiedziałeś, że całkiem niedawno zacząłeś uważać, komu i co mówisz w wywiadach.

- Tak, bo wszystko mocno schamiało i mocno się stabloidowała rzeczywistość za oknem. Każda gazeta ma swoje potrzeby, swój model człowieka i robi we własnym zakresie tzw. obraz Zygmusia, Muńka takiego bądź takiego. Szczególnie to dotyczy spraw politycznych. Ostatnio zresztą nie udzielałem się medialnie, bo promocja płyty jest dopiero przede mną. Z drugiej strony, to normalna kolej rzeczy, bo świat jest obrazkowy i są już gotowe kalki na każdego z nas. W jednym z wywiadów jestem rozmodlonym chłopczykiem z Częstochowy, rockmanem, który chlał, ćpał, bzykał, a teraz jest świętym. A w drugim tytule, bardziej liberalnym, mówię to samo, ale tam jestem bardziej nowoczesny, bo otwarty na różne opcje.

Jaki jesteś naprawdę?

- I taki, i taki. Normalny. Każdy z nas ma wiele kolorów. Skrajności są dla mnie dziwne, bo świadczą o jakimś ograniczeniu umysłowym. Dlatego najfajniejsze są taka muzyka, taka literatura, takie filmy, które gdzieś tę naszą ludzką naturę rzeczywiście penetrują. Jestem osobą publiczną, udzielam wywiadów, ale wszystko się bardzo trywializuje.

Smutne. Ja nie wiem, jaki jest Zygmuś. Nie mam z góry założonej tezy.

- Zwłaszcza że mamy w sobie kupę skrajności i sprzeczności. Każdy z nas tak ma.

Ale kiedy jesteśmy młodzi, to bardzo często chcemy być tacy jak rówieśnicy, dopiero potem w tej różnorodności widzimy siłę.

- Kiedyś świat był troszkę prostszy, nie to, że narzekam, ale łatwiej było kogoś ocenić w latach 80., dziewczynę czy chłopaka w Jarocinie lub w Warszawie na ulicy, ubranych tak czy owak. Od razu wiedziałem, jakiej muzyki słuchają, co ich może interesować, do jakiej subkultury należą, w jakim kręgu się obracają. Dzisiaj tego jest dużo więcej, ludzie są bardziej podatni na kalki z mediów, tzw. bycie cool. Jak zostałem kolesiem w zespole T.Love, to...

Kolesiem czy kolo?

- Najpierw chłopczykiem, młodym człowiekiem, potem facetem... To na tę rzeczywistość starałem się patrzeć gdzieś z boku. Nie dlatego, że się bałem, tylko mam w sobie outsiderstwo. Nigdy nie należałem np. do harcerstwa, do jakiejś organizacji, chociaż aspołeczny nie jestem, bo mam korzenie. Pradziadek - PPS, lewica. Jestem krwiobiegiem związany z ludźmi i te nasze piosenki też są o normalnych, zwykłych ludziach.

Bez ludzi by cię publicznie nie było...

- Ludzie dzisiaj są bardzo podatni na pewne definicje, które podsuwają im media. Mało jest w nich miejsca na indywidualizm.

Myślisz, że dzisiaj dawalibyśmy odpór temu, co się wlewa oknami i drzwiami, czy też by nas to wciągnęło?

- Ja tego nie wiem, bo różnicę widzi nawet mój syn, który ma 26 lat i mówi, że był na imprezie, gdzie byli 19-letni ludzie, i ich nie kumał. Ja nie mam problemu, mam 53 lata i z człowiekiem, który ma 28 czy 30, to luz - gdzieś są podobne doświadczenia i się rozumiemy, a to 20 lat różnicy. Natomiast on mówi, że miał problem z tymi młodszymi, że to tak szybko idzie. Nie, ja nie krytykuję, jak jakiś zgorzkniały zgred, współczesności i młodzieży...

Ty zgredem nigdy nie będziesz, prawda?

- Nie wiem, chyba nie. Jak zawsze są ludzie, którzy poszukują, i tacy, co idą z masą.

Zawsze tak było.

- Zawsze, tylko dzisiaj szybciej się wszystko zmienia i więcej tych odnóg, kanałów i możliwości. Przeraża mnie ilość tego wszystkiego. Myślę, że z nadmiaru ludzie mogą dostać szmergla. Nadmiar muzyki, filmu, produkcji, działań. Wiadomo, że komunikujemy się dziś
inaczej, my jeszcze jesteśmy z wersji face to face, przede wszystkim rozmowa, ale też nie należy tego generalizować, bo z kolei wejdziemy w stereotyp. Ostatnio zostałem zaproszony do warszawskiego Liceum im. Kopernika, spotkanie z ludźmi, którzy są przed maturą, mają 18 lat, fakt, znane liceum, duże miasto. Myślałem, że nikt mnie już nie kuma, a ludzie zadawali pytania. Nie to, że doskonale mnie znali, ale to była rozmowa. W Poznaniu byłem w gimnazjum, bo czasami chodzę po szkołach, jak mnie zapraszają i mam czas, i też było OK. Nie można więc powiedzieć, że wszyscy są jedynie w selfie. Tylko kiedyś prostsza była sprawa: komuna, antykomuna, opornik, świat Kaczmarskiego, punk, rock. Świat był podzielony w dosyć prosty sposób.

Co sądzisz o hip-hopie?

- Bardzo dobrze sądzę. Jest to kultura, która wytworzyła się w latach 70. w Harlemie, po muzyce punkowej, na której wyrosłem, czyli ten tzw. podwórkowy głos, głos z osiedli...

Czyli jakaś kontynuacja...

- To był następny głos, który się w Polsce objawił w latach 90. Nawet sam kiedyś nagrałem piosenkę z warszawskim składem Zipery. Wczesne płyty Molesty czy Sokoła były dla mnie swego rodzaju raportem. Jak już przestałem jeździć komunikacją miejską i zacząłem
samochodem, i miasto mniej znałem, to oni mi opowiadali o tym, co się w nim dzieje. Dziesięć lat różnicy, fantastyczny reportaż o tym, co się dzieje w Polsce. Literacko coś bardzo inspirującego. Ja generalnie piszę dosyć klasyczny tekst. Idę drogą, którą w Polsce
wyznaczały takie nazwiska jak Osiecka, Grechuta, a na świecie Bob Dylan, The Doors. A hip-hop jest taki: zaczynamy od tej filiżanki, pijemy herbatę, przelatujemy przez miasto, kończymy na wojnie w Zatoce Perskiej.

Błyskawiczny przelot.

- Tak, jest to czarna muzyka, która poszła na cały świat. Bardzo sobie cenię literackość hip-hopu. Bardzo też cenię miejskość, bo jestem takim trochę szczurem wychowanym w Częstochowie. Od 34 lat mieszkam w Warszawie i krwiobieg mam miejski, miasto zawsze
mnie karmiło. Stąd brałem się do takich rzeczy jak Grzesiuk, stąd taka chropowatość T.Love na początku. Dlatego jak poznawałem chłopaków ze składów hiphopowych, to oni mówili, że słuchali tych piosenek i "King" to jest dla nich jak opowieść hiphopowa.

To jest taka muzyka, która ciągnie tych młodych z kanału do góry. Że jesteśmy razem, że jesteśmy ziomalami.

- Na pewno jest takim raportem, fotografią z miasta. Szybką fotografią.

Jesteś poetą? Lubię definicję Karola Irzykowskiego, który pisał, że poezja to rzeczywistość w innym stanie skupienia.

- Fajne.

A co ty widzisz za oknem? Oprócz tego, że po drugiej stronie miejsca, w którym siedzimy, powstaje jeden z najdroższych hoteli w tej części świata.

- Jak tam był Europejski, spędzałem tu trochę czasu. Na przykład na studiach, wychodząc na przerwę, jak znalazłem jakiegoś kolegę, który miał akurat tego dnia trochę więcej pieniędzy, to chodziliśmy do restauracji. A dzisiaj co? Sierpień, Krakowskie Przedmieście, pogoda fajna. Fajna ta definicja. Wydaje mi się, że w paru piosenkach udało się T.Love i mnie uchwycić jakiś moment naszej rzeczywistości. Zawsze bardzo podobał mi się Władysław Broniewski, to mój ulubiony poeta. Przypięli mu straszną łatkę pod kątem politycznym, co jest kompletną bzdurą. Broniewski to również świetny liryczny poeta, który miał jednocześnie ten szybkostrzelny karabin w swoich czterowierszach. Trzymam się tego, że mój grunt jest pod butami. Mój grunt narracji jest tu i teraz. I ma kolor nie czarny, nie biały, ale raczej sepia, szary. Po co mówić dyrdymały? Jestem gościem, dla którego tekst jest ważny, chociaż lubiłem też ABBĘ, Bee Gees, Boney M., pop music w latach 70. To tak samo jak z tym rozmodlonym i wyzwolonym - bywam taki i taki. Nie chcę uciekać przed kategorią, ale jesteśmy różni.

Gdzieś jest słowo "normalność". Oczywiście każdemu jego definicja, ale chodzi o to, że nie udajesz, że jesteś sobą, piszesz tak, jak chcesz, to, co chcesz. Opisujesz świat, który czujesz. Nie kreujesz sztucznych bytów.

- Różnie bywa z tym w muzyce i w ogóle w popkulturze. Pochodzę z robotniczej rodziny, z blokowiska, nie z jakiejś biedy, ale ze średniawki. Rodzice mnie kochali i martwili się, jak zaczynałem grać rockandrolla, bo myśleli, że jak polonistyka, to może będę nauczycielem, ale zawsze wspierali mnie i teraz są dumni. Szorstkość miałem na podwórku, to była dzielnica Raków w Częstochowie. Kuba Błaszczykowski na pewno ją doskonale zna.

Stadion tam jest, pokazywał mi ostatnio, gdzie grali z bratem. On też kocha hip-hop.

- Widziałem różne rzeczy na swoim podwórku, ktoś dostał w nos, jakieś bójki... Chcę powiedzieć, że zawsze żyłem wśród ludzi, nie byłem nigdy wyalienowany przez jakieś układy społeczne, polityczne czy bananową młodzież. Byłem normalnym chłopakiem. Swoją muzykę zacząłem grać pod wpływem punkowej, która miała korzenie robotnicze i blokowe...

Szkoły muzycznej nie było w twojej biografii.

- Nic nie było.

To fascynujące, kiedy młody chłopak mówi: chcę grać na gitarze, nie umiem, ale się nauczę. A potem będę grać w zespole.

- Wtedy był taki czas, końcówka Gierka, wszystko się zmieniało. Miałem 17 lat, kiedy pojechałem do Sopotu na wakacje, muzyczne zresztą. Festiwal pop session, strajki - obserwowałem to. Moja generacja była świadkiem tej całej rewolucji. Po powrocie usłyszałem
zespół Kryzys, to też były małolaty, tylko trochę starsi ode mnie. Wychodzą chłopcy na scenę, pofarbowane włosy, i śpiewają, że jest nuda, że jest syf na ulicach, że im się nudzi, że mają dość. I mówię: kurde, to jest to.

Nuty znałeś?

- Nic.

Czyli w sensie muzycznym byłeś analfabetą?

- Absolutnie, zacząłem szukać kogoś, kto gra na gitarze w moim liceum. Spotkałem kolegę, założyliśmy zespół, potem drugi, później był stan wojenny. Jak można było w takiej sytuacji mieć nastawienie, że gram po to, żeby być gwiazdą? Robię to po to, żeby się podzielić swoim buntem. Potem był przyjazd do Warszawy na studia. Pytałaś mnie o normalność - dlaczego do dzisiaj ją zachowałem? Bo nie stałem się idiotą. Po pierwsze, Polska to nie Ameryka. Teraz to już się zmienia, bo jest ta głupkowata hierarchia bycia za wszelką cenę kimś. Przybijesz sobie penisa do drzewa i masz dwa miliony lajków.Przez pięć minut jesteś kimś.

O celebrytkach mówisz: córeczki...

- No bo to tak jest. Szkoda, bo to krzywda straszna, takie psychologiczne porno. Taka straszna iluzja, wejście w nią. Te córeczki żadnej jeszcze podłogi pod stopami nie mają, a tu nagle jeb...

Wielki świat, wielkie usta, wielkie biusty. Wszystko sztuczne.

- Nie o to chodzi. Każdy powinien mieć swoją drogę, jakieś własne inicjacje, nie mówię o seksualnej, tylko o tej wynikającej z życiowego doświadczenia.

Inicjacje to już - przeczytałam - miałeś...

- U mnie było normalnie, po ludzku. Ale jak już zaczęliśmy grać, to była kwestia podzielenia się swoim światem z innymi. Cały Jarocin to był właściwie brak bariery pomiędzy sceną a widownią. To, co w punku było istotne, to właśnie brak systemu gwiazdorskiego. Wszystko wychodziło z biedy. Jak tu udawać gwiazdę w latach 80. w Polsce?

Byli tacy, co udawali.

- Ale dla mnie to był obciach. Mainstreamowo popularny stałem się z zespołem T.Love na początku lat 90., czyli z piosenką "Warszawa". Pamiętam, jechałem taksówką przez plac Konstytucji, kawałek ten zaczął wchodzić do radia i akurat był wywiad z Agnieszką Osiecką, której nigdy nie poznałem osobiście. Pytają ją, czy widzi coś ciekawego w młodej polskiej muzyce rockowej, na którą obecnie jest boom, a ona mówi: "Jest taki jeden zespół, nie znam nazwy, ale ten chłopak, co tam śpiewa o Żoliborzu, napisał świetny tekst". Uuu, moja próżność została połechtana. To był taki moment, że już nam niewiele mogli zrobić. Miałem 27 lat, wróciłem z Londynu z tzw. zmywaka, dziecko się urodziło, pierwszy syn, byłem już ukształtowanym gościem, który wiedział, czego chce. Zawsze miałem kumpli, koleżanki. Byłem normalny. To nie była stylizacja na kogoś. Może to zasługa mamy... Mama całe życie w spożywczaku świetnie się z ludźmi dogadywała. Przeszła wszystkie szczeble: od ekspedientki do kierowniczki, bardzo lubiana osoba, która umiała zespół ludzi utrzymać.

Jak ma na imię?

- Ania. Tata mówi Hania, ale Ania. Może to po mamie mam taką łatwość współżycia z ludźmi... Normalne relacje, że nie ma tu się co, za przeproszeniem k..., wygłupiać. Teraz ci, co mają 20 lat, mają problem, bo już się urodzili z informacją, że muszą być kimś.

To znaczy?

- Dla mnie bycie kimś oznacza np. to, że ja cię znam, wywiady dobre piszesz, z normalnymi ludźmi rozmawiasz, od lat cię widzę. Ktoś inny napisał kilka książek, nie jedną, ktoś nagrał płytę, nie jedną, ale parę. A dzisiaj jest chwilówka. Kimś to dla mnie jest ten, kto ma swoją drogę. Teraz są tacy, co chcą złapać ten świat za jaja i wycisnąć jak cytrynę, bo cały czas myślą, że coś im ucieknie. To fakt, świat jest szybszy. Do tego dochodzi chciwość. Nie chodzi o chciwość materialną, tylko o taką, żeby wziąć wszystko. Wszyscy się śpieszą, a ty się ze mną umawiasz, spokojnie siedzimy, jesz, gadamy. Nie zap...y gdzieś. Nie krytykuję dziennikarstwa, ale zdarza mi się, że przychodzi córeczka czy chłopczyk i muszę potem więcej czasu przy autoryzacji spędzać, niż sama rozmowa trwała. Bo jest problem, jak człowiek ma 20 lat i myli takie wydarzenia jak np. stan wojenny z okrągłym stołem. No, ja nie mówię, że to jest globalne, ale...

Ten zawód przeżywa ciężkie chwile, bo jeśli zapowiadasz pogodę i jesteś bardziej rozpoznawany niż...

- Ale to tak jak pisał Witkacy, on to nazwał zbydlęceniem, trochę za ostro może, ale my jesteśmy świadkami czasu totalnego samoogłupiania. Oczywiście możesz wybrać inaczej. I to nie tak, że jesteśmy lepsi, ale nas inaczej wychowano. Mieliśmy książki papierowe, innych nauczycieli.

No nie, zawsze byli tacy, którzy szli za tym, co masowe, i tacy, którzy nie dawali się temu, co za oknem.

- Inaczej jak masz swój dorobek - tak jak śpiewali Stonesi: "Time Is On My Side - i za tobą stoi jakaś historia. Łatwiej zespołowi T.Love ocaleć - ale to też nie było za darmo, bo ciężko na to pracowaliśmy - niż takiemu, który teraz zaczyna w jakimś talent show. Ale to też inna historia, bo my również zaczynaliśmy od małych śmierdzących kanciapek i klubów, potem jednak jako zespół szliśmy już swoją drogą. Ta dzisiejsza doraźność mnie trochę irytuje. Ja tego nie zmienię. Widzę to nawet na naszym fanpage'u. Ja się jaram takimi rzeczami. Jestem zaprzyjaźniony z więźniami z Opola Lubelskiego, często grywamy w więzieniach. Byłem w tym Opolu ze dwa razy u chłopaków. Gadaliśmy w celach, zaufali mi, dokument z tego powstał, który może kiedyś wydamy. I oni zrobili sobie wersję naszej piosenki "Wychowanie" w formie beatboksu. A to goście po ciężkich wyrokach. Mówię: kurde, jaka to zajebista rzecz, dajemy to na fanpage, ale się ludzie podjarają. Tym, czym ja się jaram, to się nikt nie jara. Mówię więc żartem do koleżanki w trasie: zrób mi dla jaj fotę, jak pierogi jem.

I masz pięć tysięcy lajków?

- Może nie pięć, ale to tak wygląda. Byłem w Stanach z kolegą, on jest fotografem, poszliśmy na Brooklynie do pralni prać rzeczy, on mi walnął zdjęcie: wyślemy dla jaj. Kurde, Muniek w pralni, ale co to za komentarze są? Ja nie wymagam, żeby każdy oglądał Bergmana, ale dla mnie to jest jakiś debilizm. Mogę powiedzieć, że mnie to  irytuje? Ja bym się nie zachwycił. Nie krytykuję świata cyfrowego, tylko poziom emocji. Irytuje mnie to, że co z tego, że jestem w pralni, chyba ważniejszy jest fakt, że płytę nagrywam.

Ale być może gdybyś nie nagrywał płyty, to nikt by nie zauważył, że jesteś w pralni?

Irytuję się jak jakiś głupek, bo ja tego nie rozumiem. Takie wydarzenia? Jem pierogi, idę do pralni...

Dziewczyny teraz robią sobie rybie usta i wyglądają identycznie.

- Chyba to jest przykład jakiejś ogromnej samotności...

Generalnie człowiek jest samotny.

- Masz rację. I będzie samotny, tyle że nie gadamy tu o socjologii sieci, tylko o tym, co tych ludzi przyciąga, co jest bazą tego klikania, tej fejsbukowej wspólnoty.

Jestem fajny. Ja jem pierogi, Muniek je pierogi. Ja jestem w pralni, Muniek  jest w pralni. A jak pokażesz się z książką, o, to...

- Ale że udaję mądrego?

Już nie jesteś z grupy.

- To wtedy nie lajkują? Rozumiem, tylko że strasznie to zbanalizowane.

Żyjemy w czasach, w których musisz być forever young.

- To jest jakaś iluzja, cała rzeka zwana życiem to są przecież też upadki, plusy i minusy. Tak musi być.

Żyjemy też tak, jakbyśmy nigdy nie mieli umrzeć. Zauważyłeś to?

- W jednej piosence o tym śpiewam.

Z drugiej strony, gdybyśmy ciągle myśleli o śmierci...

- To moja piosenka "Prawdziwe życie" - ludzie dziś żyją tak, jakby nie było śmierci. Nie chodzi o to, żeby straszyć śmiercią...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje