Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i O.S.T.R.

- Ojciec jest dla mnie geniuszem - mówi w rozmowie z Małgorzatą Domagalik, czyli Adam Ostrowski – raper, kompozytor, producent muzyczny i inżynier dźwięku.

Małgorzata Domaglik: - Do niedawna wyglądałeś jak szczypiorek...

Reklama

O.S.T.R.: - Od miesiąca jestem na diecie. Tak, po  operacji ważyłem... około 70 kg, a w lipcu ubiegłego roku - już 125.

Zostawisz w autoryzacji?

- Staram się nie zmieniać sensu wypowiedzi, bardziej zwracam uwagę na składnię.

Chcesz powiedzieć, że język polski nie jest twoją mocną stroną, poety hip-hopu?

- Jeżeli chodzi się do szkoły muzycznej - szkoła podstawowa, liceum, potem studia - to muzyka jest ważniejsza niż polski, matematyka, chemia, historia. Należałem do uczniów, którzy zawsze dbali o lepsze oceny z przedmiotów muzycznych, takich jak kształcenie słuchu, skrzypce. Z reguły zostawało się w szkole po lekcjach, wynajmowało sale i ćwiczyło się na skrzypcach.

Piękny instrument...

- Tak, umiem grać na skrzypcach, może trochę gorzej idzie mi z fortepianem.

Dziewczyny w tej szkole też były?

- Tak, normalna szkoła koedukacyjna.

Pamiętasz moment, kiedy mały Adam pierwszy raz wziął skrzypce do ręki? Często są to ambicje rodziców, a dla ich dzieci to katorga.

- To była katorga. Tyle że u mnie były to sięgające wielu pokoleń tradycje rodzinne. Dzisiaj jak rozmawiam z rodzicami, to jedno zwala winę na drugie (śmiech). Ostatnio zadzwoniłem do ojca: "Tato, jak to było, że zacząłem grać na skrzypcach?". Tata na to: "Ja broń Boże nie chciałem, żebyś grał na skrzypcach. Mama była zwolenniczką takiej rosyjskiej szkoły nauczania, a mnie to było ciebie szkoda". Ale jak zadzwoniłem do mamy, to ona mówiła: "To ojciec chciał". Mama jest światowej klasy muzykiem. Specjalistą od improwizacji fortepianowej i rytmiki. Jak miałem trzy lata, dostałem pierwsze skrzypce. Nie pamiętam jednak momentu, w którym zacząłem grać. Nie pamiętam też jakiegokolwiek etapu swojego życia bez tego instrumentu. Dla mnie skrzypce to jak trzecia ręka i trzecia noga, druga głowa.

Dla muzyka to luksus...

- Tak, ale z drugiej strony skrzypce to bardzo skomplikowany instrument. Wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i gra na nim to nie jest umiejętność, którą można posiąść w dwa, trzy lata. Człowiek tak naprawdę może powiedzieć, że zaczyna umieć grać na skrzypcach, po pięciu latach ćwiczeń trzy-cztery godziny dziennie. Moja profesorka Iwona Wojciechowska powtarzała: "Jeśli masz talent do tego instrumentu, jesteś podwójnie zobligowany do ćwiczenia na nim, bo zaniedbanie takiego talentu jest po prostu większym grzechem niż w przypadku osoby nieutalentowanej, która bardzo chce na nim grać". A ja, może dlatego, że zacząłem w tak wczesnym wieku, potrafiłem w dwa tygodnie przygotować utwór, który inni przygotowywali przez trzy miesiące. Nie miałem nigdy problemów technicznych. No i rodzice wymuszali na mnie, żebym ćwiczył.

Byłeś grzecznym chłopcem?

- Nie, ale nie miałem wyboru.

Zawsze pozostaje bunt.

- Bunt był, ale jeżeli dyscyplina wisi nad głową...

Czyli pasek?

- To były inne czasy, lata 80. Metody wychowawcze też były zupełnie inne niż dziś.

Trauma?

- Jestem bardzo wdzięczny rodzicom, że zmuszali mnie do grania, bo nie ukrywam, że nie czerpałem z tego wówczas przyjemności. Dopiero potem, kiedy zrozumiałem, że wyróżniam się na tle innych dzieci, byłem zadowolony. Lubiłem występować publicznie, uwielbiałem recitale.

Nie jesteś nieśmiały?

- Jestem w codziennym życiu, ale wychodząc na scenę, przestaję być nieśmiały. Dziecko w szkole podstawowej ma cztery-pięć występów rocznie i musi wyjść na scenę. Widzi np. 50 osób w sali koncertowej i dla niego to duże wyzwanie. Mierzy się z wykonaniami tych samych utworów przez inne dzieci, chce przynieść dumę swoim rodzicom. W moim przypadku było tak samo. Tak naprawdę jako dzieciak mierzyłem się z ogromną presją, stresem.

Cały wywiad w najnowszym wydaniu magazynu PANI. W sprzedaży od 21 marca.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje