Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Malkovich

Amerykański aktor, reżyser i producent filmowy (62 l.). W historii kina zapisał się m.in. rolami wicehrabiego de Valmont w "Niebezpiecznych związkach‟ w reżyserii Stephena Frearsa (1988) czy zagubionego na pustyni podróżnika w "Pod osłoną nieba‟ Bernarda Bertolucciego (1990). Był nominowany do Oscara za kreacje w dramacie Roberta Bentona "Miejsca w sercu" (1984) i w filmie "Na linii ognia" Wolfganga Petersena (1993). W 1999 roku powstał przewrotny obraz "Być jak John Malkovich" w reż. Spikeʼa Jonzeʼa, w którym aktor zagrał samego siebie. W 2007 roku wyprodukował nagrodzony Oscarem za scenariusz film "Juno‟ w reżyserii Jasona Reitmana. Teraz pracuje na planie "Doliny Bogów" Lecha Majewskiego, do której zdjęcia powstają w Polsce. Dwukrotnie żonaty, ma dwoje dzieci.

Małgorzata Domagalik: Napijemy się czegoś?

Reklama

John Malkovich: Czarnej kawy.

Możesz trochę przesunąć krzesło...

- Oczywiście.

Obserwowałam cię wczoraj w restauracji, kiedy jadłeś kolację z żoną. Siedziałam za wami.

- Rzeczywiście, też cię widziałem.

Było miło i cicho - ta atmosfera sprawiła, że po raz kolejny poczułam, jak to fajnie być dziennikarzem, który nazajutrz ma spotkanie z aktorem takim jak ty. 

- To bardzo miłe, co mówisz. Bardzo miłe.

Ale wiem też, że traktujesz dziennikarzy w pewien szczególny sposób - już wydaje im się, że w trakcie rozmowy dostają coś od ciebie, a w rezultacie ty i tak mówisz tylko to, co chcesz powiedzieć. Nie mniej, nie więcej.

- Tak?

Tak. Przygotowałam się, więc i obejrzałam prawie wszystkie filmy z tobą. Wiele z nich po raz kolejny.

- O mój Boże.

To, co zrobiło na mnie wrażenie, to to, że one nadal są tak uniwersalne. Nowoczesne. Jakby kręcono je dzisiaj. Wiem, że nie lubisz, kiedy dziennikarze porównują cię do Marlona Brando. Ale po tej swego rodzaju retrospekcji z twoim udziałem jestem pewna, że tylko jeden aktor byłby w stanie wcielić się w postać Marlona Brando w "Ostatnim tangu w Paryżu" Bernarda Bertolucciego, i tym aktorem jesteś ty.

 Dziękuję!

To zaczynajmy - gdybyś był dziennikarzem, a ja Johnem Malkovichem, to czy bardziej byłbyś zainteresowany rozmową ze mną jako aktorką, czy tym, jakim jestem człowiekiem na co dzień? Światową gwiazdą czy statystyczną panią Kowalską?

Wolałbym rozmawiać z człowiekiem... Kwestia bycia kimś wielkim to odczucie siedzące w głowie drugiej osoby. Nie moje. Sam siebie postrzegam w takiej prywatnej perspektywie. Zawsze.

Ale z drugiej strony przez takie, a nie inne role w jakimś sensie budujesz w oczach innych ludzi obraz siebie jako człowieka.

- Tak, masz rację.

Co więc jest w byciu nim najważniejsze?

- Cóż, wydaje mi się, że to zmienia się z czasem. Wpływ na to ma nawet to, czy pracuję akurat nad spektaklem, czy filmem. Rzeczy, które są dla mnie najważniejsze, bardzo zmieniają się z biegiem lat. Na pewno najważniejsza zmiana w moim byciu człowiekiem zaszła po urodzeniu się moich dzieci. Po tym wydarzeniu reszta spraw nie znaczyła dla mnie już tak wiele jak wcześniej. Narodziny dzieci zakończyły pewien etap w moim życiu. Ten, do którego prawie wcale nie wracam myślami, nie zastanawiam się nad nim, ponieważ niewiele już pamiętam z tamtego czasu i nie pamiętam już tej osoby, którą wtedy byłem. W innym, wcześniejszym momencie mojego życia najważniejszy był dla mnie czas, kiedy tworzyliśmy teatr Steppenwolf w Chicago. Praca, jaką wtedy tam wykonywaliśmy, była inspirująca. Nie byłem tam jednak od dwudziestu lat, to kolejny dowód na to, że ten teatr nie zapisał się w mojej głowie jako najważniejsza rzecz. Byłem wtedy żonaty i to również było dla mnie bardzo ważne. Potem nie byłem żonaty i to już nie było ważne.

Cały wywiad znajdziesz w najnowszym numerze magazynu PANI - już s sprzedaży!



Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje