Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Kolberger

Krzysztofa Kolbergera ostatni raz spotkałam pół roku temu w upalny lipcowy wieczór na kolacji u przyjaciół. On jak zwykle prawdziwy arystokrata - w formie i treści.

Wyglądał świetnie, rzucał celne riposty przy stole, chwalił kuchnię pani domu. Było nam z nim dobrze. Niektórzy oglądali mecz o brązowy medal mistrzostw świata Urugwaj – Niemcy i, jak na zapalonych kibiców przystało, my też przeszliśmy na ty.

Reklama

Pamiętam, że kiedy rozjeżdżaliśmy się do domów, Krzysztof z fasonem ruszył po ciemnych uliczkach, a mijając cmentarz w Wilanowie, zamigał światłami i klaksonem dał mi znak na pożegnanie. Nie przesadzam, w tym „do widzenia” była czysta metafizyka. Godna prawdziwego arystokraty – formy i ducha.

Wywiad, który ukazał się w PANI w kwietniu 2007 roku

Małgorzata Domagalik: Zdarza mi się myśleć o przemijaniu.

Krzysztof Kolberger: Już? Mnie też, ale u mnie to zrozumiałe.

Myślę o przemijaniu na przykład w kontekście tego, że nie mam dziecka, że każdy powinien coś po sobie zostawić, że wreszcie trzeba łapać życie za nogi, żeby nie uciekło. Pana książka „Przypadek nie-przypadek”, rozmowa rzeka, tylko mnie w takich refleksjach utwierdziła.

- Do tego wywiadu, który zrobiła ze mną Aleksandra Iwanowska, doszło na tydzień przed moją operacją. Wywiadu rzeki, chociaż właściwie nie wiem, czemu to się tak nazywa. Że długie?

Że dynamiczne i konsekwentne.

- No, rzeka jest dynamiczna. Nie ma innego wyjścia. My też jesteśmy jak rzeki, które płyną do końca.

Moja mama chorowała 28 lat temu. Też jest takim twardzielem jak pan. Nie mieliśmy się bać.

- To, co ja robiłem…

…wymagało wysiłku, prawda?

- I to w najprostszych sprawach. Dotarcie do łazienki wymagało ode mnie pokonania dwóch metrów na wózku inwalidzkim. Ten wysiłek, żeby w ogóle się wykąpać, ogolić, umyć głowę, nie zemdleć. Taki harmonogram narzuciłem sobie już kilka dni po operacji. Profesor powiedział później...

…że kocha takich pacjentów.

- Powiedział, że jestem mistrzem w chorowaniu. A nie jest to dzisiaj łatwe. Pamiętam taką sytuację: nie można wezwać karetki pogotowia, duszę się, nie mogę złapać oddechu z bólu. Na szczęście przyjeżdża po mnie Ania Romantowska, a ja tylko błagam, żeby trochę wolniej jechała, bo wszystko boli.

Każdy wstrząs?

- Każdy wstrząs to jest po prostu tajfun. Ale to wszystko nic, ja wiem, że to jeszcze nie teraz, że znowu wszystko skończy się szczęśliwie.

Mam taki ulubiony cytat z „Juliusza Cezara” Szekspira: „Fala przypływu stosownie schwytana wiedzie do szczęścia, lecz ten, kto ją minie, po bezdrożach życia żeglował będzie”.

- Ja te słowa interpretuję jako nawoływanie do dostrzegania i nieomijania szczęścia. Zdecydowanie. Bardziej doceniam to, co mi się udaje, jeżeli pozornie więcej nieszczęścia mnie spotyka. Kontrast zauważony przez księdza Jana Twardowskiego, że nieszczęście zawiera w sobie słowo szczęście. Brak szczęścia jest nieszczęściem, ale to szczęście ciągle gdzieś istnieje. Za chwilę będzie znowu. Musimy się tylko nauczyć je dostrzegać.

Kiedy pan go ostatnio doświadczył?

- Wielokrotnie. Jakie to szczęście, gdy człowiek budzi się po operacji i widzi uśmiechniętego doktora, który mówi, że jest OK. To jest wielkie szczęście.

Rozmawiałam kiedyś z Catherine Deneuve. Zapytałam ją o to, czy jest szczęśliwa. Odpowiedziała: „Dziwię się, że pani zadaje mi tak niemądre pytanie”.

- Też przy niektórych wywiadach się dziwię, ale nie mam odwagi powiedzieć tego głośno. W ogóle mam problem z udzielaniem wywiadów. Nie ukrywam, że coraz częściej chciałbym robić tylko rzeczy ważne.

Żeby nie tracić czasu?

- Nie tracić czasu i robić tylko rzeczy tego warte. Zacząłem mówić o tym, że nie lubię udzielać wywiadów. Ale po moich wydarzeniach chorobowych zdecydowałem, że zacznę mówić o chorobie z pozycji osoby, której się udało, która w tej walce osiągnęła sukces. I która, co ważne, troszkę również sobie ten sukces, poza lekarzami, zawdzięcza. To znaczy, że moja chęć walki, moje nastawienie do choroby, do bliskich w tej chorobie powodują, że ułatwiam sobie i innym życie.

Co ze strachem?

- Odpowiednie nastawienie do choroby polega przede wszystkim na tym, żeby nauczyć się nie bać.

Może się udać?

- Od 16 lat jestem oswojony z chorobą. Ważne, żeby z tego mojego mówienia coś wynikało, żeby parę osób wzięło sobie za przykład moją sytuację. Po raz pierwszy o tym powiedziałem w telewizji przypadkowo, sprowokowany przez prowadzącą. Zresztą to było jedyne pytanie, które mi zadała. Potem ja już tylko mówiłem monolog i widziałem, jakie to wrażenie zrobiło i na niej, i na kamerzystach, no i, jak się potem okazało, na widzach.

Mógł pan zrobić unik?

- Mogłem, zwłaszcza że jestem dość zamknięty i kontroluję swoje emocje, ale bywa, że z małomównego staję się gadatliwy.

Choroba to także obawa, co pomyślą o nas inni, strach, że zostaniemy przez nich wyrzuceni poza nawias życia?

- Dokładnie na tym polega ten lęk, bo przecież nie boimy się siebie. Niestety, bardzo często wolimy nie wiedzieć o naszych problemach. Unikamy badań, często dajemy się zaskoczyć chorobie, dowiadujemy się o niej przypadkowo. Dotyczy to również mnie. Może uniknąłbym tak ostrej interwencji chirurgicznej, gdybym nie popełnił grzechu zaniechania. Gdybym częściej się kontrolował.

Ale z drugiej strony, gdy słyszy się, że jest się zdrowym, to chce się przecież o wszystkim jak najszybciej zapomnieć.

- Myśli pani? Tak czy inaczej dziś mówię to wszystko z pozycji człowieka, któremu ciągle się udaje, mimo kolejnej operacji. Ciągle żyję, pracuję i staram się żyć w miarę normalnie. I tylko mówienie o tym ma sens, nie o tym, co mi wycięto.

Podziwiamy takich twardych zawodników jak pan…

- Byłem jednym z pierwszych tak zwanych ludzi sukcesu, którzy opowiedzieli o swojej chorobie. Czytałem akurat wtedy biografię Isaaca Singera. I też mi się wydawało, że to człowiek sukcesu. Wspaniały noblista, bogaty, znany na całym świecie, a tu nagle okazuje się, że ma kompleksy, jakieś strachy, że się czegoś boi, że jest normalnym człowiekiem. To był dla mnie dowód na to, jak życiorys innego człowieka może nam pomóc we własnej biografii.

To, co u nas ciągle jest czymś niespotykanym, gdzie indziej stało się już społeczną normą.

- Musimy nauczyć się obcować z osobami chorymi, nauczyć się ich nie odrzucać, dawać im szansę bycia wśród nas. Pracowania.

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu PANI. Już w sprzedaży!

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje