Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Englert

Udało mi się tak przeżyć moje życie, że nie wypadłem z pierwszej piątki - mówi w rozmowie z Małgorzatą Domagalik Jan Englert.

Jan Englert: Internetu pani używa?

Reklama

Małgorzata Domagalik: Czytam newsy.

- Ja nic nie czytam. Wie pani, w moim wieku...

W jakim wieku?

-Właśnie jesteśmy w przeddzień moich urodzin, 74.

Nie są jeszcze okrągłe...

- Nie obchodzę, ale mam prawo sam siebie usprawiedliwiać za własne słabości. Tylko tyle. I coraz mniej, mimo że dziwi mnie coraz więcej, powoduje irytacji to zdziwienie. Dlatego na przykład pytam, czy pani używa internetu, bo ja nie.

I to jest dobre?

- Brak zdziwienia? Fatalne.

Takie odpuszczanie to...

- Jak się uprawia publiczny zawód i siedzi się na bocianim gnieździe, to trzeba odróżnić prywatne przemyślenia na sedesie, bo mężczyźni najintensywniej myślą właśnie tam. My już nagrywamy? Nie wiedziałem, bo mądrzej bym mówił.

Mężczyzna w takiej sytuacji burzy wizerunek macho w czarnym kabriolecie?

- No to jedno mądre zdanie powiem, że w życiu na pewno łatwiej zburzyć niż zbudować.

A fałszywe przesłanki...

- Ale to się wtedy zaraz zawali, ja mówię o budowaniu czegoś prawdziwego, a nie rusztowań. Rusztowania postawić jest łatwo.

Przeczytałam nasz wywiad sprzed lat.

- Ile to już lat?

Sześć. I w nim, tak jak w innych, też jest lejtmotyw, który lubi pan wykorzystywać, żeby peszyć rozmówczynie. Zauważa pan a to, że kręcą włosami, a to, że zakładają nogę na nogę, jednym słowem, że prowadzą z panem jakąś grę.

- Każdy prowadzi, mężczyźni też prowadzą, tylko inne. Jeśli mówimy o sprawach męsko-damskich, to jest to zawsze rodzaj teatru. Zawsze jest pierwsza faza, czyli odgrywanie jakichś ról, każdy gra siebie samego albo wyobrażenie o sobie samym, kontroluje się. Z punktu widzenia zawodu aktorskiego to jest nawet śmieszne czasami. Bo jak się ma świadomość zawodową, to w życiu to śmieszy. Siłą rzeczy, to samo dotyczy wywiadów. Kreowanie się na rzecz wywiadu jest powszechnie znane.

Można się kreować, ale potem zawsze jest ten moment, kiedy już jest tylko wywiadowany i czytelnik, który dostaje do ręki "prawdę" o Englercie?

- Nie przepadam za wywiadami w ogóle, bo moją tarczą ochronną jest ironia i autoironia.

A to nie wychodzi w wywiadach?

- To wychodzi dla pani, jeśli chodzi o czytelników...

Mam wyrobionych czytelników.

- Ale w czytaniu reakcje na żart są praktycznie niemożliwe. A zwłaszcza w epoce internetu, gdzie się tylko informujemy, a nie interpretujemy.

A jednak kiedy przeczytałam naszą ostatnią rozmowę, pomyślałam, że chyba zadzwonię do Englerta i powiem: wydrukujmy to jeszcze raz, bo to wywiad idealny. Jest w nim wszystko. (śmiech)

- Muszę to przeczytać wobec tego. Zawsze jak spotykam się z ludźmi, to atakuję internet, tak jak to zrobiłem przed chwilą, bo jestem znanym wrogiem internetu, co komentują, że jestem stary dziad i nie rozumiem. W sferze męsko-damskiej na przykład to tak skróciło i spłyciło to, co jest największą frajdą, czyli całe te podchody, cały ten flirt. Przecież jak sięgnę pamięcią, to bardzo często jest tak, że na flircie się kończy...

Uroda życia... i kłopotów nie ma.

- No właśnie, a nie to, że "popukam" na ekranie, że w piątek mam wolne i tyle.

Ale to "pukanie", jak pan to nazywa, jest użyteczne, kiedy np. jedzie pan na lotnisko i chce wiedzieć, czy się nie zmieniła godzina lotu.

- Ale to są argumenty, mój przeciw i pani za, bardzo płytkie. Dlatego że dotyczą tylko fragmentu... W tej chwili już nawet twórcy internetu zaczynają się niepokoić tym, co z sobą niesie wirtualizacja świata. Ja mam takie poczucie, że mną ktoś gra. Kupmy sobie Englerta i Englertem grajmy.

Na PlayStation na przykład.

- Był taki film "Truman Show" z Carreyem. I to było coś, co wydawało się science fiction, a my w tym uczestniczymy.

Słyszał pan o teorii Elona Muska, że życie to gra wideo?

- Nie, ale ja bym się zgodził na tę grę wideo pod jednym warunkiem. Że to jest ten etap gry w mechanizacji świata, gdzie postaci, które zostały wymyślone, mają swoją indywidualną wartość i same dyktują warunki.

Dinozaury nie przetrwały, bo się nie potrafiły przystosować.

- My?

No w jakimś sensie my w niedalekiej przyszłości.

- Ale one biologicznie, fizjologicznie nie potrafiły, a my żyjemy nadal. Wydaje mi się, że zaczynamy sobie teraz odbierać tę sferę transcendentną, to, co jest najciekawsze w nas, to, czego nie potrafimy zrozumieć. I właśnie ułatwianie sobie tego, żeby nie musieć samego siebie czy przeciwnika, czy partnera drążyć, jest unicestwieniem siebie.

Przeciwnika czy partnera?

- Całe życie - może to konformizm - próbowałem unikać konfliktów w miarę możności. Uważam się za specjalistę od gaszenia pożarów.

Taki "strażak" to się nazywa życiowa mądrość.

- Może.

Cały wywiad w najn9owszym wydaniu magazynu "PANI". W sprzedaży od 23 maja.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje