Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Edelman

- Manipulowanie widzem za pomocą środków, których on nie dostrzega. To jest pewnie najtrafniejsza definicja mojej roboty - mówi w rozmowie z Małgorzatą Domagalik wybitny operator filmowy Paweł Edelman.

Małgorzata Domagalik: Domagalik. Dzień dobry.

Paweł Edelman
: - Edelman. Dzień dobry.

Już się nagrywa, zresztą dostanie pan tekst do autoryzacji.

Reklama

- Bardzo na to liczę.

Pana przyjaciel Roman Polański...

- Tak, wiem, nie autoryzował, ale Polański jest przyzwyczajony do występowania i wywiadów. A ja jestem człowiekiem z tła. Kiedyś poprosiłem mojego debiutującego na planie filmowym syna, żeby był jak chłopcy do podawania piłeczek w czasie meczu tenisowego, i ta metafora wydaje mi się do dzisiaj aktualna.

I taka obrazowa jest. Chciałabym jednak, żeby zostało, że w ostatniej chwili chciał pan odwołać nasze spotkanie.

- Oczywiście, zostanie. Zaczynam z Romanem film i w poniedziałek muszę być w Paryżu...

Miała być "Sprawa Dreyfusa", ale...

- Ten film jest bardzo dużym projektem, wymaga olbrzymich pieniędzy i bardzo ciężko taki budżet zebrać, dlatego "Sprawa..." czeka na swoją kolej już piąty rok. A to, co robimy teraz, to kameralna historia. Rozgrywa się między dwiema kobietami: jedna z nich jest pisarką, a druga pisarkodziennikarką i zaczyna wpływać na tę pierwszą, być może nawet chce ukraść jej osobowość. Więcej nie opowiem.

Dlaczego teraz pokazał pan na mnie?

- A tak jakoś machnąłem ręką.

Kto w tym gra?

- Emmanuelle Seigner i Eva Green.

Blondynka i brunetka. Evę Green kojarzę głównie z "Bonda", choć szczerze mówiąc, to bardziej koncentrowałam się na Craigu...

- Bo jest pani kobietą. Ja bardziej się koncentrowałem na Evie Green.

Aha. Mówiąc serio, Craig jest także świetnym aktorem i jeszcze tak fajnie porusza się w kadrze. Dla operatora to też może być ważne.

- Oczywiście, że tak. Mnie także podoba się scena, jak Bond wynurza się z wody (śmiech).

Wie pan, że do dziś pamiętam, jak poruszał się na ekranie Henry Fonda? Jak np. schodził po schodach w "Dwunastu gniewnych ludziach" S. Lumeta. Naprawdę. Podobnie chodzi dziś Obama, w jakimś sensie też aktor. Tak jak kobieta powinna umieć chodzić w szpilkach, tak samo mężczyzna powinien się interesująco poruszać. To zawsze miły obrazek.

- Nigdy tak nie myślałem o facetach... Ale grałem kiedyś w koszykówkę i my nazywaliśmy to dobrą koordynacją ruchów. Pewnie chodzi o jakąś naturalność, która bierze się z zaufania do własnego ciała. Ta naturalność i wdzięk Obamy jest fenomenem, który powinien zostać naukowo zbadany.

Czy aktorki są bardziej niż ich koledzy "absorbujące" na planie, bo prawie każda z nich chce jeszcze dobrze wyglądać? I czy taki twórczy kompromis między operatorem a aktorką zawsze musi być...

- Szukam w głowie przykładów. Może powiem o Kate Winslet, która jest fantastyczną aktorką, a przy okazji szalenie miłą osobą...

Piękną kobietą.

- Tak, i nie ma na swój temat żadnych wygórowanych wyobrażeń, a już na pewno kompleksów, które kazałyby jej wymagać od nas, operatorów, czegoś ekstra. Akceptuje to, jak wygląda, być może dlatego, że jest piękna, i nigdy nie miałem poczucia, że czegoś specjalnego ode mnie oczekuje. Z drugiej strony robię, co mogę, żeby wyglądała najlepiej, jak się da, ale...

Nie mówi po każdym ujęciu: pokaż, jak wyglądam?

- Jest trochę tak, że to, co robię, zależy od sceny, którą akurat fotografuję. Jeśli ma być dramatyczna, to kobieta niekoniecznie musi być najpiękniejsza i taka glamour, bo w innym kierunku idą wtedy moje starania.

Glamour, czyli?

- W sensie oświetleniowym, że bije od niej jasność. Czasem jest to niepotrzebne.

Mówimy o aktorkach, które mają świadomość tego, że są atrakcyjnymi kobietami, tak?

- I jeszcze mają do siebie duży dystans. W "Rzezi" Polańskiego jest scena z Kate Winslet, której nigdy nie zapomnę: grana przez nią bohaterka ma wymiotować. Długo zastanawialiśmy się, jak to nakręcić, bo Romanowi zależało, żeby pokazać aktorkę, która się pochyla, wymiotuje, a z jej ust wylatuje niekończący się strumień mieszanki bananowo-kawowej (sekret rekwizytora, proszę o dyskrecję). Trzeba to było jakoś technicznie rozwiązać. Nakręciliśmy tę scenę podwójnie: najpierw Kate mówi dialog, pochyla się i nie robi niczego innego, a później nakręciliśmy ją jeszcze raz, ale już ubraną w specjalny niebieski kombinezon, który potem został komputerowo wymazany. Do tego stroju Kate miała przypiętą rurkę, podłączoną do pojemnika, w którym znajdowała się ciecz, a na końcu był facet z pompą. Kiedy aktorka się pochylała, on naciskał pompę i ciecz wypływała. Kate, jak można się domyślać, wyglądała w tym stroju prześmiesznie, trochę jak kobieta kot, a trochę jak postać z wyrafinowanego filmu porno. Nie była jednak skrępowana, wręcz przeciwnie: świetnie się bawiła, widząc, jakie wrażenie robi tak ubrana na całej ekipie. To pokazuje, jaki ma dystans do siebie.

A jak zdarzają się aktorki, które nie mają dystansu?

- Wtedy najczęściej przychodzą makijażyści i proszą o "pomoc". Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają się często.

Cały wywiad w najnowszym wydaniu magazynu "PANI". W sprzedaży od 19 grudnia.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje