Przejdź na stronę główną Interia.pl

Koniec turystyki

Zwiedzanie, zamiast być doświadczeniem rozwijającym intelektualnie tudzież relaksującym, staje się koszmarem.

Odpowiednikiem polskiego powiedzenia o wronach i krakaniu jest angielskie porzekadło "When in Rome, do as the Romans do", czyli "Kiedy jesteś w Rzymie, postępuj jak Rzymianie". Podobno przysłowia są mądrością narodów, które innej mądrości nie mają. Ale akurat to wydaje się sensowne.

Reklama

Problem polega jednak na tym, co zrobić, kiedy w Rzymie nie spotyka się w ogóle rzymian? Takie zaś odniosłem wrażenie, gdy - być może nierozważnie ze względu na high season - wybrałem się ostatnio do Rzymu. Nie był to mój pierwszy pobyt w Wiecznym Mieście, tym razem była to wizyta będąca prezentem urodzinowym dla mojego dziesięcioletniego syna zafascynowanego starożytnością, legionami i Cesarstwem Rzymskim.

Musiałem więc z tego powodu poddać się gustom odmiennym niż moje. Zamiast szukać Caravaggia po kościołach i upijać się w przyjemnych trattoriach, zwiedzaliśmy atrakcje turystyczne, które mój syn życzył sobie obejrzeć, zadając przy tym tysiące pytań tematycznie rozciągniętych od tego, czy wolałbym być gladiatorem z mieczem, czy z dzidą, przez to, czy dałoby się zbudować Koloseum z aluminium, po kwestię tak ważką, jak to, co by się stało, gdyby całą Ziemię podgrzać do temperatury dziesięciu tysięcy stopni.

Zostawiając jednak pytania niestrudzonego w swej ciekawości dziesięciolatka i wracając do Rzymu: jego turystyczne centrum wypełnia tak wielka masa ludzka, że zwiedzanie, zamiast być doświadczeniem rozwijającym tudzież relaksującym, staje się koszmarem. Zwłaszcza gdy zwiedza się ze świadomością, że samemu stanowi się niczym niewyróżniającą się cząstkę tej masy i jest się przez samą swoją obecność przykrym dla otaczających nas bliźnich - tak samo jak oni dla nas. Tak wygląda teraz masowa, miejska turystyka: człapanie w wielogodzinnej kolejce do kolejnych atrakcji w tłumie amerykańskich emerytów karnie przestawiających spracowane nogi, przechodzenie kolejnych kontroli bezpieczeństwa, tłoczenie się między barierkami. I ogólnie jest to przeżycie zbliżone raczej - jak mi się wydaje - do przemysłowej hodowli trzody chlewnej niż do weekendowej przyjemności czy też rozwijającego doświadczenia intelektualnego. A przecież nie zawsze tak było.

Początki turystyki są bardzo szlachetne, co oznacza, że zbudowano je na tym, iż pewna wąska grupa ludzi przywłaszczała sobie pod groźbą przemocy owoce pracy innej, bardzo szerokiej z kolei grupy ludzi, i za te przywłaszczone dobra mogła się oddawać wyrafinowanym przyjemnościom. Na tym polegał przecież fenomen istnienia klasy wyższej, a to właśnie angielska najpierw, a potem cała północnoeuropejska arystokracja w drugiej połowie XVII wieku wynalazła turystykę. Obyczaj ten nazywano grand tour, czyli wielka wyprawa lub wielki objazd.

Na zakończenie swej edukacji młody angielski lord wyjeżdżał na jakiś czas - na rok lub parę lat - do Europy Południowej, przyglądał się zarośniętemu wtedy bujną roślinnością Koloseum, nasiąkał antyczną kulturą, oglądał obrazy w rzymskich kościołach i ogólnie oddawał się dolce far niente za ciężkie pieniądze, bo podróżował zwykle z całą świtą. Z powodów finansowych był to więc wyłącznie obyczaj arystokratów. W drugiej połowie XIX wieku, w wyniku pojawienia się kolei żelaznej, ten arystokratyczny obyczaj przejęła również klasa średnia i wtedy narodziła się turystyka w sensie współczesnym, popularnym. Potem zaś powstały tanie linie i turystyka na skalę tak masową jak dziś przestała mieć większy sens, i w efekcie sama turystyka też.

Nie zamierzam nad tym ubolewać w stylu właściwym ludziom, którzy razem z każdą złotówką odłożoną na koncie dokładają sobie jeden punkcik do pogardy dla bliźnich o niższym statusie majątkowym i którzy zżymają się, że "biedota za 500+ zalała plaże w Sopocie" - nie w tym rzecz. Nie w tym rzecz również, że najazdu turystów mają już dość nawet teoretycznie korzystający zeń mieszkańcy turystycznych miast. Do nikogo przecież nie można mieć pretensji, że życzy sobie zobaczyć Rzym, Paryż czy Lizbonę.

Rzecz w tym, że w ten sposób nie ma to już sensu. W Rzymie w sezonie nie zobaczymy Rzymu, tylko kolejki i barierki. Nie znaczy to jednak oczywiście, że nie warto w ogóle podróżować. Po prostu masowa turystyka znalazła się w takim punkcie, że zachować sens podróżowania można tylko wtedy, kiedy poszuka się miejsc, terminów czy wręcz zakątków niestandardowych, niemasowych. I nie chodzi tu o hipsterską pogardę dla tłumów, tylko po prostu o fizyczną tego tłumu wagę i objętość przesłaniającą to, co akurat chcielibyśmy zobaczyć.

Szczepan Twardoch

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje