Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pierwszy dzwonek grozy

Doświadczenia ze szkoły pozwoliły mi wkroczyć w dorosłość z jednym postanowieniem: nie dam się! Choćbym miała pęknąć, być obrażana i powtarzać klasę.

Nie dam się, bo to, w co wierzę i jak sobie wyobrażam swoje życie, to część mnie. Kiedy ją stracę, to jakbym zabiła siebie. A tego nie chcę. Szkoła była dla mnie koszmarem i gdyby nie koleżanki, które tam poznałam, to chyba bym oszalała. Dwie dekady temu "kolorowy" wygląd nie był mile widziany i już sam fakt posiadania zielonych dredów i kolczyków w różnych częściach twarzy był wielkim minusem. I nieważne, co się myślało i chciało robić w życiu - dla większości nauczycieli było się żenującą nastolatką, która prawdopodobnie ćpa i kombinuje tylko, jak zarazić uczniów wszami.

Reklama

Słyszałam więc, że czeka mnie, co najwyżej, kariera baby sprzedającej gacie na bazarze i że próbuję na siebie zwrócić uwagę, co samo w sobie jest złe i podejrzane. Ech, szkoda gadać!

Kiedy zaczynam myśleć o szkole, to od razu włącza mi się martyrologiczny ton pod tytułem: "A za moich czasów". Dlatego też moment, kiedy mój syn szedł do pierwszej klasy, wspominam jako powrót wszystkich traum. A pierwszego września mam zwykle czarne myśli, i nie chodzi tu tylko o rocznicę wybuchu wojny, a jeśli już, to raczej wojny osobistej - tej dotyczącej systemu edukacji nastawionego na punktozę, zaliczanie i równanie wszystkich do jednego poziomu.

Co ciekawe, szkoła podstawowa syna, którą właśnie skończył, przeczyła raczej moim czarnym wizjom. Nie widziałam, żeby jakoś szczególnie gnębili młodych ludzi i tępili w nich chęć eksploracji świata. Wręcz przeciwnie. Mimo to, gdy wchodziłam do budynku i słyszałam dźwięk dzwonka, wpadałam w panikę. Bardzo nie chciałam jej przekazać kolejnym pokoleniom, dlatego wielokrotnie musiałam zmuszać się do milczenia czy powstrzymywałam się od komentarzy pod adresem co barwniejszych nauczycielek.

Zastanawiałam się, czy można stworzyć szkołę działającą w obecnych realiach, która nie będzie wywoływała bolesnych skurczów brzucha i poczucia utraty kontroli. Pewnie, jest wiele fajnych placówek, ale niestety płatnych. Tym, których nie stać na posłanie dziecka do prywatnej czy społecznej szkoły, pozostaje gryzienie pazurów i przyzwyczajanie się. Na przykład do tego, że brakuje czasem papieru toaletowego. Tak, w dużym mieście w XXI wieku. Ale co tam! Przy okazji reform edukacyjnych i wciąż nowych pomysłów na zmianę struktury czy głównych idei egzaminów zapomina się o tym, co, według mnie, jest najważniejsze. Mianowicie o jakości edukacji.

Co z tego, że nie będzie gimnazjum, testu szóstoklasisty czy wprowadzi się wielostopniową maturę - stres szkolny nadal będzie istniał. Tak, taka jest rzeczywistość dzieciaków. Niezależnie od tego, jakie kombinacje wokół kwestii formalnych wyczyniają kolejni ministrowie. Nie rozumiem, jak możemy dopuszczać do takiej sytuacji. Mówi się o tym od wielu lat, pokazuje badania, podkreśla dobre rozwiązania z innych krajów. A my ciągle mamy w szkole nisko opłacanych nauczycieli, którzy muszą zapanować nad 30 dzieciakami i zrealizować program. I jeszcze nie dopuścić do tego, aby byli nie-grze-czni. Groza i dla pracowników, i dla dzieci.

Dla rodziców za to kolejna lekcja, że nie mają zbyt wielkiego wpływu na to, w jaki sposób i czego uczą się ich potomkowie. Nie chcę kreślić tu wyłącznie czarnego scenariusza, ale wrześniowe szaleństwo przypomina mi o pułapkach edukacyjnych. W sumie twórczy i ciekawy czas, kiedy zaczynamy interesować się światem, zostaje ograniczony do siedzenia cicho w niewygodnej ławce. Dlatego też bardzo szanuję tych nauczycieli i te nauczycielki, którzy w ramach obowiązującego systemu mają energię i chęć, aby wyjść poza automatyczne wypełnianie testów. I próbują w taki sposób kształcić dzieci, żeby nie kojarzyło się to z mordęgą i przymusem.

Im dziecko starsze, tym mniej histerycznie reaguję na początek roku. I chociaż właśnie zaczyna gimnazjum, to nie chcę się dać porwać ogólnej atmosferze grozy okresu dojrzewania. Nie ma co demonizować ani dzieciaków, ani obowiązkowej w końcu edukacji. Trudno, moje doświadczenia chcę schować wreszcie do pudełka z napisem: "Co sprawiło, że wiem, co w życiu chcę robić". Wbrew temu, co myśleli o mnie niektórzy nauczyciele. Bo co nas poturbuje, to wzmocni zarazem chęć bycia sobą - na przekór innym.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje