Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nigdy tak o tym nie myślałam

Kiedy widzimy krzyczącego malca na środku ulicy, to od razu prychamy pod nosem: no tak, bezstresowiec!

Rodzicielstwo bliskości to jedna z filozofii, które budzą skrajne emocje. Kojarzy się z bezstresowym wychowaniem rozumianym jako "pozwalanie dziecku na wszystko", czyli rządzenie w domu, terroryzowanie rodziców.

Reklama

Jednak dla wielu świadomych swojej roli rodziców bliskość to niekończące się zadawanie pytań i refleksja nad tym, jak budować relację z dzieckiem opartą na szacunku, a nie odgórnie narzuconej hierarchii. Jedną z osób, które promują takie myślenie, jest Agnieszka Stein. Właśnie ukazał się z nią wywiad rzeka "Potrzebna cała wioska" - rozmowa przeprowadzona przez Małgorzatę Stańczyk dotyczy różnych etapów życia z dzieckiem i budowania siebie jako matki oraz swojej relacji w domu.

Ciekawa rozmowa, chociaż przyznam, że wiele razy wściekałam się w czasie jej czytania. Przede wszystkim irytowało mnie wyluzowanie Stein. Jak to: słuchać dziecka i odpuszczać, kiedy ono tego chce? Czwarty dzień bez kąpieli - nie ma sprawy. Brak pracy domowej - nic się nie stało. Podążajmy za potrzebami młodego człowieka i pozwólmy mu rozwijać autonomię. No dobrze, a moja autonomia? A moje spieszenia się poranne i umówione spotkania? Nie mam czasu na godzinne rozmowy, bo muszę pracować i ogarniać dom.

A tu Agnieszka proponuje zrobienie listy indywidualnych hierarchii. Chodzi o pytanie, co dla nas jest ważne: kolejne spotkanie czy rozmowa z dzieckiem? I tu znowu się zżymałam: powiedzcie samotnej matce tyrającej na kasie w supermarkecie, żeby nie poganiała dziecka do szkoły, tylko dała mu "możliwość wyrażenia swoich oczekiwań". Już by jej szef dał możliwość: albo się wyraża, albo pracuje.

Mimo wszystko czytałam dalej książkę i uspokajałam się przy słowach o niedogmatycznym traktowaniu każdej z metod. Przecież nie chodzi o to, żeby na sto procent spełniać wszystkie założenia, ale do tego dążyć. Aby budować więź, która - jak mówi Stein - "jest pewnym mechanizmem regulacyjnym, służącym przetrwaniu". Bo wszystkie ssaki potrzebują opieki, żeby przeżyć, a ta opieka to nie tylko ciepła czapka i karmienie.

W książce jest mowa, że potrzeba bliskości i "zaopiekowania" jest nawet ważniejsza niż pokarm, bo buduje w nas pewność siebie i uczy strategii życia. Nikt jeszcze nie wymyślił idealnego klucza do rodzicielstwa. Jeśli ktoś taki pojawiłby się na świecie - Nobel murowany.

Dziecko to nie nowy model komputera, w którym naciskasz guzik, a na ekranie wyskakuje roześmiana buzia. Chociaż jeżeli dbamy o wzajemny kontakt i bliskość, to coraz częściej umiemy taki guzik znaleźć. Myśląc o kontakcie, chodzi mi nie tylko o rozmowę i uważne słuchanie - choć w pierwszych miesiącach życia może to być trudne - ale przede wszystkim o fizyczną bliskość.

Jeszcze dziesięć lat temu noszenie dzieci w chustach było w Polsce absolutną awangardą, która mogła mieć miejsce tylko w wielkim mieście, i to przy chórze docinków i obraźliwych komentarzy. Obecnie, szczególnie w niektórych środowiskach, niekorzystanie z chust czy nosideł jest pewnego rodzaju uwstecznieniem. "Jak to, ty nie nosisz dziecka?!", pytają co bardziej świadomi rodzice.

Mało tego, jak najrzadsze korzystanie z wózka jest coraz popularniejsze wśród dziadków i babć, a nawet opiekunek. Warsztaty z wiązania chust są hitem każdego spotkania dla przyszłych rodziców. To jeden z widocznych aspektów popularności rodzicielstwa bliskości. Ale ten ważniejszy jest niewidzialny, ponieważ dotyczy więzi i tego, co tak trudno opisać.

Czasami pytają mnie na spotkaniach autorskich o syna i moją fundację zajmującą się rodzicami i dziećmi: "A jak syn reaguje na pani twórczość?", "Czy lubi, gdy pani często wyjeżdża?". Ale najbardziej kłopotliwe pytanie to: "Jaką jest pani matką?". No, wtedy to chce mi się krzyczeć. Skąd ja mam wiedzieć, jaką jestem matką - toksyczną, zimną, ekologiczną, a może właśnie "bliską"? W podtekście osób pytających zawsze czai się chęć usłyszenia prawdy o życiu codziennym pisarki. Może jakiejś ckliwej historii w stylu: tak mało poświęcam czasu synowi.

Ale kiedy myślę sobie o naszej relacji, to doprawdy nie wiem, jak mogłabym zgrabnie ją opisać. To miałam na myśli, gdy wspomniałam o więzi trudnej do nazwania. Mam wrażenie, że wtedy wchodzi się na śliski grunt mówienia o głębokich emocjach. Po pierwsze dlatego, że to zbyt intymne, aby o tym paplać. Po drugie, zbyt niesprawiedliwe, bo trzeba by zapytać również drugą stronę. A po trzecie, bo nienazywalne. I niech tak zostanie.

Ale nie przeszkadza to w mówieniu o sposobach budowania takiej więzi od pierwszego kontaktu z dzieckiem i niezapominaniu o tym, kiedy jest starsze. Przy lekturze wywiadu z Agnieszką Stein towarzyszyła mi często refleksja, którą powtarzałam za przeprowadzającą wywiad (zresztą bardzo mądrą i taktowną osobą), że "nie myślałam o tym w ten sposób". To mnie otwierało, nawet na sprawy, które budziły we mnie opór.

Uświadomiłam sobie, że punkty zapalne w moim macierzyństwie, jak ciągłe pospieszanie, wymaganie dobrych ocen, to element kontroli, której tak bardzo boję się zaprzestać. Wyobrażam sobie, że gdy przestanę "nadzorować i karać", to cały dom się rozpadnie. Skąd mi się to wzięło, przecież u mnie w domu nie było takiej atmosfery! Może to ambicja lub raptusowaty temperament? Pewnie też. Ale to dzięki takim książkom mogę przyjrzeć się sobie i naszej więzi z synem.

PS W czasie pisania tego felietonu ani razu nie użyłam sformułowania "pospiesz się" w stosunku do swojego dziecka.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje