Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mamifest

Sięgnęłam po tę książkę Lindy Green, bo spodobał mi się jej opis: "jeśli potrafisz być dobrą mamą, będziesz umiała rządzić całym krajem!".

Oczywiście trochę skrzywiłam się na określenie "dobra mama", bo wiemy, jak jest wieloznaczne i krzywdzące. Dobra, czyli jaka? Poświęcająca się kwoka w podomce, a może elegancka właścicielka firmy?

Reklama

Stereotyp goni stereotyp i właściwie z żadnego z nich nie ma pożytku. Może jednak "dobra" według swoich własnych standardów? Taka, która czerpie radość z macierzyństwa i zarazem jest w stanie zadbać o swoje potrzeby? Załóżmy, że na potrzeby tego tekstu taką właśnie przyjmiemy definicję, tym bardziej że z treści "Mamifestu" wynika dokładnie taki sens.

Oto trójka przyjaciółek różniących się temperamentem i sytuacją życiową postanawia pomóc pani Shirley, która jest "przeprowadzaczką" dzieci przez ulicę niedaleko szkoły. Pani Shirley ma być zwolniona ze względu na reorganizację miejsc pracy, ale wszyscy, łącznie z dziećmi, chcą, aby nadal pilnowała ich bezpieczeństwa. Jest bardzo lubiana, bo dla każdego przeprowadzanego dziecka ma całusa lub miłe słowo, co w drodze do szkoły jest bardzo ważne i pokrzepiające.

Trzy przyjaciółki postanawiają walczyć o zatrzymanie pani Shirley i zaczyna się ich działalność społeczna. Kilka miesięcy później zakładają Partię z Lizakiem (od lizaka zatrzymującego samochody na przejściu dla pieszych) i postanawiają zająć się prawdziwą polityką. Wprowadzając nowy ład i zajmując się problemami społecznymi, zapoczątkowują zmiany lokalne. Również w swoich domach.

Każda z nich ma bowiem poważne zmartwienia: chore dziecko, niedołężną matkę, rozwód. Mimo to znajdują siłę, aby działać również dla innych. Nie zdradzę finału, ale nie on jest tu najważniejszy. O wiele ciekawsze jest to, jak te zapracowane matki są w stanie wyjrzeć poza własny interes i myśleć o wspólnocie.

Nie ukrywam, że przypomina mi to sytuację w fundacji MaMa, którą współprowadzę, i to, jak wiele razy musiałyśmy zajmować się Ważnymi Sprawami wbrew Armagedonowi, który miałyśmy w domach. Nasza Ania będąc z dzieckiem w szpitalu, udzielała telefonicznie wywiadów, Patrycja między jedną pracą a drugą pisała wniosek o dofinansowanie projektu, a Wilejka wciąż kombinowała, jak zorganizować opiekę dla córki, aby pomagać zagubionym i nieszczęśliwym matkom.

Ta ogromna energia i siła, a także nieustępliwość są niezbędnymi cechami, aby zmieniać świat. Bez gloryfikacji, fanfar i natychmiastowych sukcesów. Za to dzień po dniu pracując na rzecz ogólnie pojętego dobra na świecie. Pracując dla zmiany. Brzmi naiwnie? Wiem. Kiedy coś się nie opłaca, to od razu pojawiają się wątpliwości: dlaczego ona to robi? Może czerpie z tego jakieś profity - kasę, sławę? Ale tak zazwyczaj nie jest.

W "Mamifeście" mamy też pytanie, jak w ogóle jest to możliwe. Być może ważna jest tu siła matek, które w obliczu zagrożenia dzieci czy rodziny w jednej chwili potrafią przemienić się w boginię Kali i piorun z jasnego nieba. Podobno "najbardziej niebezpiecznym stworzeniem na ziemi jest rozwścieczona samica hipopotama, którą rozdzielono z młodymi" (to cytat z książki). Ale bohaterki bardzo często muszą być silniejsze niż hipopotamy - zmagają się nie tylko z przeciwnikami politycznymi i przeciwnościami losu, ale też z własnymi słabościami, które mogą popsuć ich plany. Jak w życiu, prawda?

Przecież nawet najlepsze na świecie szkolenie czy warsztat nie wydobędą z nas wszystkich dobrych cech. A przynajmniej na tyle skutecznych, aby uchronić nas od porażki czy niemożności pogodzenia obowiązków zawodowych i domowych. To się zdarza: te wszystkie spóźnienia, zawalanie terminów czy zapominanie o ważnych spotkaniach. Wszystko nakłada się zazwyczaj na chorobę dziecka, nieoczekiwany wyjazd czy awarię samochodu.

Podobnie jest w książce: Sam, Anna i Jackie próbują zamknąć dobę w 24 godzinach, i zwykle im się to udaje. A przy tym pamiętają, że nie są tylko robotami, i dbają o swoją relację. Raz w miesiącu chodzą na wino - choćby na godzinę. Bo wiedzą, jak łatwo utknąć w codziennych obowiązkach i zapomnieć o tym, że życie to nie tylko pasmo rzeczy do zrobienia. Oj, wiemy, jakie to trudne na co dzień.

Sama próbuję umówić się z koleżankami i aż mi głupio, że się to często nie udaje. Ale kiedy już wychodzę na miasto i spotykam się z nimi, to od razu wiem, że logistyczny wysiłek został wynagrodzony. Bo czerpanie siły z relacji z kobietami jest nie do przecenienia. Niektórzy nazywają takie spotkania "babskimi plotami", ale choćby kpili na potęgę, to i tak te rozmowy są kluczowe. Pocieszą, dadzą siłę na kolejne dni i rozśmieszą do łez. Nawet jeśli te łzy popłyną też ze smutku - muszę napisać coś jeszcze o "Mamifeście": dawno się tak nie poryczałam w czasie czytania jak przy książce Green.

Cały wątek choroby dziecka Sam rozłożył mnie na łopatki. Wszystko opowiedziane jest na spokojnie, bez kiczowatych opisów. Wstrząsająco i, niestety, bardzo prawdziwie. Dla tych scen również warto sięgnąć po tę lekturę, ponieważ to właśnie połączenie osobistej tragedii z działaniem społecznym świadczy o wytrwałości i determinacji. To trudne, aby w ciężkich chwilach myśleć nie tylko o sobie, ale i o innych. Czasami wydaje mi się, że wręcz niemożliwe - nieludzkie.

Ale to właśnie pokonanie swojej rozpaczy jest jedną z oznak humanitaryzmu, tak niedocenianej postawy we współczesnym świecie. Bo tu nie o dyspozycyjność chodzi, lecz o wzniesienie się ponad własny interes. Polecam tę książkę, bo bo daje moc. A w okresie świątecznym również nadzieję.


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje