Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dekalog nastolactwa

Jestem mamą nastolatka. Mało tego: syn chodzi do gimnazjum. Czyli gorzej być nie może.

Wszyscy zawsze ze współczuciem kiwają głowami: "Ach, ta gimbaza". Co za trudny wiek, no jakoś musicie to przejść. Pryszcze, mutacja, wąsik i nieforemne ciało. Do tego wahania nastrojów, bunt i ekscytacja zakazanym. 

Reklama

Owszem, nie zawsze łatwo jest na to wszystko patrzeć i być częścią procesu wykluwania się dorosłego człowieka. Jeszcze dziecię nieopierzone, niezgrabne. Szukające tego, co ważne w życiu i w innych ludziach. Trochę już poza nami, z odciętą pępowiną w dłoni i pytającym wzrokiem: iść dalej sam czy czekać na ciebie? A mama wie, że musi puścić i pozwolić na to, aby dziecko stało się dorosłym. Trudna ścieżka, pełna siniaków i łez. Nikt tego za inną osobę nie zrobi: nie da się przekazać doświadczenia, oddać w prezencie na osiemnaste urodziny z podpisem: "Oto moje błędy, przekazuję, żebyś sam nie musiał ich popełniać". 

Niestety, wielokrotnie będziemy patrzeć, jak syn czy córka będą robić to co my. I choć pamiętamy efekty i bolesne puenty, to nie ostrzeżemy przed tym. A nawet jeśli, to i tak nikt nie będzie nas słuchał. Myślę o tym, na ile możemy czerpać z innych ludzi i czy do tego trzeba psychicznie dorosnąć. 

Doskonale pamiętam siebie z burzliwych czasów "nastolactwa". W końcu nie było to aż tak dawno temu (hm, hm). Pamiętam dziwne przekonanie, że jestem sama na ziemi i wokół mnie nie ma nikogo. Wszystko muszę sprawdzić, zobaczyć, wszystkiego dotknąć. I to uczucie zagubienia i notorycznej irytacji. Chciałam porozmawiać ze swoją mamą, ale zamiast słów wydobywał się ze mnie wściekły charchot. Wstydziłam się tego, bo przecież nie chciałam być okropną córką. Mimo wszystko nadal nią byłam. Buntowałam się, uciekałam, chowałam za książkami i pisaniem. 

W pewien sposób cały czas tak robię, tylko z wiekiem przyszło utemperowanie pewnych cech. Dorosły wie, kiedy i jak udawać. Nastolatek, nawet jeśli się tego domyśla, i tak ma to gdzieś. Dla niego normy społeczne są więzieniem i tłamszeniem indywidualizmu. Totalna zgoda - tylko że po jakimś czasie człowiek zaczyna zauważać, że wszelkie kulturowe uładzenia i doktryny zwyczajnie porządkują życie. Niektórzy odkrywają, że można być sobą na tyle, na ile samemu sobie się na to pozwoli. Czasami można oszukiwać i na zewnątrz być przykładnym pracownikiem miesiąca, a po godzinach pracy robić to, na co ma się ochotę. 

Cóż, pewnie nastolatek prychnąłby z pogardą. On chce być sobą przez całą dobę. I ja to rozumiem, bo pod tym względem niewiele się zmieniłam od czasu, kiedy miałam naście lat. Problem w tym, że po jakimś czasie człowiek w ogóle zapomina, jak to jest być sobą. Która z masek jest prawdziwa? Które marzenie, nawet niezrealizowane, daje nam największe szczęście? Zaczynamy kalkulować, jakiego rodzaju "prawdziwość" będzie nam się opłacało sprzedać innym. Gdzie skończy się nasze "ja", a zacznie to narzucane przez reklamy, nawyki i inne zewnętrzne siły. 

Patrzę na syna i zastanawiam się, jak długo uda mu się być kimś, kto wierzy w siebie. Naturalnie porównuję go ze sobą, kiedy miałam tyle lat co on. Są to porównania bezsensowne - za moich czasów (nie wierzę, że użyłam takiej frazy!) nie było netu, gier i całej palety możliwości. Żeby zadzwonić do koleżanki, musiałam iść do sąsiedniego bloku i czekać w kolejce do automatu. Nie mam więc po co porównywać się z nim, który od rana koresponduje na Facebooku i najbardziej interesuje go granie w gry. 

Zastanawiam się również, czy taki podstawowy kodeks postępowania z dojrzewającym człowiekiem zmienił się przez ostatnie dwadzieścia parę lat. Jak miałby on brzmieć: kiedy dziecko płacze, to przytulajmy? Bo jak komuś smutno, to się pociesza i nie patrzy, jak to będzie odebrane. Gdy czegoś chce, to rozważmy, czy zabraniamy tylko dlatego, że robi coś wbrew nam. Bo może chodzi tu tylko o nasze poczucie władzy, a nie dobro innej osoby. Kiedy chce z nami rozmawiać, to cieszmy się i wysłuchajmy, żeby dać poczucie zainteresowania. Będzie ono bowiem potem rosło w sercu dziecka i dzięki temu wyłoni się z niego poczucie własnej wartości. W miarę możliwości dajmy też przeżywać dziecku dzieciństwo na jego zasadach. Wiem, jakie to trudne, codziennie przypominam sobie te proste zasady, których jest pewnie o wiele więcej. Ale jestem mamą i nikt nie mówił, że to będą rurki z kremem.

SYLWIA CHUTNIK

PANI 9/2017
Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje