Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czy istnieją grzeczni ludzie?

Rodzice niestety często popadają w skrajności, jeśli chodzi o podejście do dzieci: albo na nie wrzeszczą, albo je ignorują.

W pierwszej sytuacji traktuje się niepełnoletnich jak tresowane zwierzęta, które można obsztorcować. W drugiej - zupełnie ich nie zauważa bądź wręcz się ich boi - że się je urazi i będą obrażone. Pierwszym przypadkiem zajmowałam się wiele razy: poniżanie, dawanie klapsów i stosowanie przemocy jest łamaniem prawa, dowodem na bezsilność dorosłych i zwykłym obciachem. Natomiast jeśli chodzi o bagatelizowanie doświadczeń dziecięcych - tu sprawa jest równie skomplikowana.

Reklama

Jakiś czas temu na profilu mojego programu "Barłóg literacki" zamieściliśmy zdjęcie wspinającego się chłopca, który balansował na regale z książkami. Regał stał w jednej z księgarni. Zdjęcie było zabawne, nadesłała je zresztą mama chłopca. Pokazywało, jak pęd do wiedzy i ciekawość może być też zabawą. Odezwały się jednak głosy, że to niszczenie książek, mebli, a przede wszystkim pozwalanie dziecku "na wszystko". Pojawił się też argument klasyczny - mianowicie "wychowanie bezstresowe, phi, wiadomo".

W takim kontekście miałoby to oznaczać pozwalanie dziecku na wszystko i niebranie odpowiedzialności za to, co robi. Miałoby też przyczyniać się do produkcji tak zwanych niegrzecznych dzieci - małych osób, które zagłuszają, kopią, wylewają, robią kupy, kiedy nie trzeba, i ogólnie przeszkadzają dorosłym w ich ważnych sprawach. "Grzeczność" w ich słowniku oznacza niewidzialność lub, co najwyżej, umilanie czasu rodzicom i ich znajomym: powiedzenie wierszyka, dygnięcie po deserze i zniknięcie w swoim pokoju.

Zastanawiam się czasem, czy w ogóle istnieją grzeczni ludzie. Tacy, którzy idealnie spełnialiby kryteria nieprzeszkadzania i życia przezroczyście i na paluszkach. Może są zastraszeni lub głęboko nieszczęśliwi. Nie mogą bowiem wyrażać siebie i swojego temperamentu tak, jakby chcieli. Porównałabym to do odruchu ciała - chcesz kichnąć, ale ktoś ciągle mówi ci, żeby przestać. To niezdrowe i niebezpieczne. Oszaleć można od tego napięcia, coś by się zrobiło, powiedziało, a tu co chwilę słychać "nie, bo nie".

Ta mantra powtarzana jest nad głowami najmłodszych, bo łatwiej jest zakazać niż logicznie wytłumaczyć zasady społeczne. Stąd popularność klapsa: szybkie wyładowanie złości, natychmiastowy efekt. Uderzona osoba jest oszołomiona, odczuwa ból i skupia się na nim, jednocześnie rezygnując z tego, co robiła do tej pory. Tylko czy takie wychowanie w systemie psa Pawłowa przystoi myślącym jednostkom?

Dzieci są rozwydrzone, tak. Sprawdzają przecież granice, nie wiedzą tysiąca rzeczy i nie znają tych wszystkich skomplikowanych reguł, które istnieją w naszej kulturze. Naszym zadaniem jest przekazać je w sposób, który będzie prosty i humanitarny, to znaczy taki, który widzi w drugiej osobie myślącą jednostkę, a nie robota lub niewolnika. Tak, mam problem, kiedy dzieciaki szaleją, a rodzice zupełnie nie reagują. Są sobą zajęci, nie chce im się zwrócić uwagi lub boją się to zrobić.

Mam wrażenie, że to podejście również nie jest w porządku wobec dziecka. Bo nie pokazując i nie wyjaśniając różnych zasad społecznych, skazujemy je na agresję ze strony obcych osób (bo ktoś w końcu się wkurzy, że dziecko od pięciu minut krzyczy na środku restauracji). Zostawiamy wtedy dziecko na pożarcie, a przecież mamy je chronić. Lepiej chyba porozmawiać i wytłumaczyć niż udawać, że nic się nie stało. To nie ma nic wspólnego z bezstresowością, raczej z traktowaniem drugiego człowieka tak, jak sami byśmy chcieli być traktowani.

Żeby nas nikt nie szarpał i nie wrzeszczał nam nad uchem albo burczał, zabraniając wszystkiego bez podania argumentu, czemu to robi. I my bądźmy grzeczni w stosunku do dziecka: szanujmy je.

Sylwia Chutnik

PANI 8/2017


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje