Przejdź na stronę główną Interia.pl

Alimenciary poza kategorią

Polacy to taka grupa ludzi, którzy jak nie trzeba, to zaglądają w najbardziej intymne rejony, a jak trzeba, to się wycofują rakiem i krzyczą: "ojej, sprawa prywatna". Tak jest z przemocą domową, tak jest z alimentami.

Społeczne przyzwolenie na niepłacenie na własne dzieci jest zadziwiające. Cwaniactwo w czystej postaci: udajemy, że nie chcemy płacić na fryzjera byłej żony, ale w głębi ducha wiemy, że to kasa odebrana naszym dzieciom. Próbujemy więc zatuszować wyrzuty sumienia i oszukujemy sąd, komorników, rodzinę i wszystkich świętych.

Reklama

Strategii jest kilka: jedna wymaga przepisania majątku na kogoś bliskiego, przejścia na bezrobocie lub ucięcia sobie nogi.

Druga jest mniej finezyjna i polega po prostu na olewaniu wyroku sądu, a dług zbiera się latami - są tacy, co mają do zapłacenia ponad sto tysięcy złotych i żyją.

I nikt im nic nie zrobi, bo ściągalność tego typu długów jest znikoma i trwa latami. Najwięcej dłużników jest wśród mężczyzn, którzy kompletnie nie czują żenady. Bo kiedy trzeba, to nawołują do klasycznego podziału ról w domu, a kiedy im wygodnie, to się z nich nie wywiązują.

Facet utrzymuje dom? Ha, ha, nie alimenciarz. On dom opuścił, może w sądzie to udowodnić. Niech sobie baba lata do woli z fakturami po prawnikach.

Jeszcze inny przypadek, gdy para wspólnie wychowuje dziecko, ale rachunki i całą resztę płaci tylko kobieta. Oczywiście nikogo już nie dziwi, że kobieta może zarabiać więcej niż mężczyzna, czasami utrzymywać dom. Ale co w sytuacji, w której teoretycznie obie dorosłe osoby powinny dokładać się do wydatków, a tylko jedna wywiązuje się z tej umowy?

Na początku jest tłumaczenie, że tatuś szuka pracy, chwilowo nie ma na czynsz. Nie szkodzi, zdarza się. Kiedy jednak tatuś znajduje pieniądze na wieczorne piwo z kolegami, to zaczynają się pojawiać pytania: jak długo będzie szukał pracy, co on właściwie robi całe dnie w internecie i czy nie mógłby tych dwudziestu złotych zainwestować na przykład w zakupy?

Są rozmowy, delikatne, żeby nie urazić emocjonalnie. Nie przynoszą jednak rezultatu, więc zaczyna się pojawiać frustracja, że kobieta pracuje na rzecz domu jak wół i do tego zawodowo, bo utrzymanie rodziny kosztuje. Co na to mężczyzna? Cóż, szuka pracy. Czy ma pieniądze? Nie ma, bo skąd ma mieć.

Mijają miesiące, kobieta zaciska zęby, bo najważniejsze, aby dziecko miało co jeść i żeby nie zalegać z fakturami. Mijają lata fundowania wakacji, ubrań, wyjść do restauracji i wszystkiego, co nie uraziłoby nadal bezrobotnego mężczyzny. Żeby mu nie było przykro. Bo przecież gdyby miał pieniądze, toby się dorzucił. No, ale nie ma.

Taka kobieta jest poza wszelkimi kategoriami: nie należą się jej alimenty, bo nadal nie rozstała się z partnerem. Wszystko jest w ramach wzajemnej umowy, więc nie może też iść do prawnika. W końcu to, co dzieje się w naszym domu i dotyczy wzajemnych relacji, jest tylko nasze i nikt nie może tego oceniać.

Co ma zrobić coraz bardziej wykorzystywana kobieta? Zakręcić kurek, wyrzucić z domu, pozwać za zaległe pieniądze? Ale przecież ich nie pożyczyła, nie spisała na nie umowy. Nic jej się nie należy. Czuje się frajerką, że daje się wykorzystywać, ale dobro dziecka, trwałość rodziny i inne bajki, w których została wychowana, zwyciężają. Zaczyna mieć wyrzuty sumienia, że jest materialistką, która ciągle myśli o pieniądzach. Ale ktoś w tym związku musi o nich myśleć, bo zostaną eksmitowani.

A co z otoczeniem? Nic. Bo, podobnie jak ze skazanymi alimenciarzami, nagle stajemy się nad wyraz taktowni i płochliwi. Nie wtrącamy się, a gdzieżby. Zostawiamy kobietę samą, niech sobie baba radzi. W końcu sama tego chciała.

PANI 7/2017

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje