Wolna miłość
Nalewam sobie kieliszek szampana (został jeszcze po sylwestrze), oddycham głęboko ciszą zimowego wieczoru i rozmawiam ze sobą kolejny raz o miłości...
Zmieniałam w życiu wiele razy poglądy na wszystko, na politykę, na miłość też. I niech nikt mi nie mówi, że nie mamy do tego prawa. Chodzi nie o to, jak często zmieniamy poglądy, tylko z jakich powodów i motywacji. Wokół nas przecież nieustannie zmienia się świat, zmieniają się czasy i my się w nich zmieniamy.
Ja dzisiejsza naprawdę nie jestem tą wczorajszą i nawet jej sobie dobrze nie przypominam. Porządkowanie od czasu do czasu poglądów i prawd, które uznajemy za ważne, jest nie tylko przywilejem myślącego człowieka, ale i ważnym wobec siebie obowiązkiem. W różnych czasach różnie dopadała mnie miłość. Czasem więcej przynosiła szkody niż pożytku. Powodowała konflikty, dramaty. Bywałam niewątpliwie "kobietą źle kochaną".
Zdarzało się, że mężczyźni kłamali, oszukiwali. Niektórzy nawet nie umieli się zdecydować, czy są wolni, czy żonaci. A wszystkim bardziej niż na uczuciach zależało na zdobyciu nade mną jakiejś przewagi. Był nawet jeden taki, który groził, że mnie zabije, jeśli go porzucę. Jak widać, żyję do dziś, więc może dobrze, że i w tej sprawie nie mówił prawdy.
Najtrudniejsze, choć i najpiękniejsze w miłości jest jej współistnienie z wolnością. Dać komuś miłość, wszystko jedno - partnerowi, dziecku czy przyjaciołom - nie odbierając mu jednocześnie jego powietrza, jego obszaru wolności. Niczego nie narzucać, nawet siebie samego, to najtrudniejsze zadanie i - przyznajmy - rzadko się udaje. Dlatego czasem wolałam nie kochać nikogo, aby nie zniewalać, nie tłamsić i samej siebie w tym nie pogubić.
Ale dziś znowu myślę o tym wszystkim trochę inaczej. Minione właśnie święta i Nowy Rok, który spędziłam w gronie bardzo bliskich mi ludzi, uświadomiły mi znowu potrzebę uczuć i ich siłę. Zrozumiałam po prostu, jak bardzo kocham kilka osób i że nie chciałabym bez nich żyć. Miłość, jak powiedział pewien mądry człowiek, jest radością z czyjegoś istnienia. Uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham kilkoro moich najbliższych przyjaciół. Może właśnie dlatego, że jest ich tak niewielu. W jakiś sposób to im zawdzięczam, że żyję.
Dzień powszedni człowieka piszącego naznaczony jest samotnością. Inaczej się nie da. Ale właśnie dlatego ważne jest, aby w życiu często zdarzało się święto. Może miłość powinna być takim świętem - im piękniej, mądrzej ją celebrujemy, tym lepiej. Może też dlatego jest w naszym życiu świętem, że nie da się jej oswoić, ujarzmić, uregulować, że często nas zaskakuje i rzadko powszednieje. Kocham oczywiście moje dziecko i często o tym piszę, bo to rodzaj miłości najtrudniejszy chyba dla każdego z nas.
Jak być dobrym rodzicem? Dobrą matką? Jak kochać i nie zniewalać, nie przeszkadzać? Jak sprawić, żeby ta najmniej egoistyczna ze wszystkich miłości rzeczywiście taka była? Kocham też pewnego mężczyznę i to jest zupełnie inna, bardzo prywatna opowieść. Jak kochać dojrzale? Tym, którzy sądzą, że z pierwszą zmarszczką maleje nasze prawo do erotyki - bo może sama natura tak chce - powiem tylko, że skoro w wielu dziedzinach kpimy sobie z natury albo ją poprawiamy, to dlaczego nie w tej, w końcu jednej z najbardziej dojmujących z ludzkich spraw.
"Non, rien de rien" - "nie, nic a nic, nie żałuję niczego", śpiewała Édith Piaf. Ostatnio sporo o niej myślałam. Należy do tych kilku niezwykłych postaci, które zdarzyło mi się spotkać, ich urok osobiście przeżyć, i może dlatego powinnam o nich pisać, aby je choć na trochę dłużej ocalić od zapomnienia. Miałam szczęście być na jej koncercie w Paryżu. Jej czarna prościutka, prawie uboga sukienka - taka, w której nie wystąpiłaby dziś żadna gwiazda, szczególnie z tych starszych.
Twarz ze śladami choroby, nieszczęść, życia po prostu. Bez blasku, z niezbyt starannym makijażem. Tak też nie pokazałaby się dziś na scenie żadna gwiazda ani z tych starszych, ani z tych młodszych. I był jej głos, którego intensywność i barwa jeszcze dziś wywołują dreszcze...
A teraz przypominam sobie jeszcze inną Édith Piaf. Pamiętam, jak stanęła na scenie, drobniutka i niemłoda obok młodszego od siebie o całe wieki mężczyzny, i oświadczyła światu - a twarz miała pełną szczęścia, ale też odwagi i przekory - że jej życie właśnie zaczyna się od nowa, zaczyna się od niego. Wiele lat musiała czekać na tę miłość. Zapłacić cenę bólu, cierpienia, tragedii. Pod koniec życia zakochała się w młodszym mężczyźnie i on pokochał ją. Pamiętam, jak mówiono, że chce żyć jej karierą. Jak liczono jej pieniądze i jego lata. A on po prostu ją kochał - namiętnie i wiernie.
Opiekował się nią aż do śmierci. Pamiętam jego postać na jej pogrzebie - oczy pełne łez, młode rysy jakby ścięte mrozem, nerwowo zaciskane dłonie... Dostałam niedawno książkę Agaty Tuszyńskiej, pisarki, którą cenię i lubię. "Pani Romo, niech nas nie opuszcza nadzieja", napisała w dedykacji. "Pani Agato, niech nas nie opuszcza miłość", odpisałam. No właśnie!!!
Roma Ligocka
PANI 2/2012
Artykuł pochodzi z kategorii: Roma Ligocka
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli