Świat bez klucza
Im dalej od domu, tym bardziej dostrzegamy "inność" innych ludzi, a jednocześnie cieszymy się z każdego odnalezionego podobieństwa. "Zupełnie ja u nas", lubimy mówić.
Samolot jest wypełniony do ostatniego miejsca. Ciało koło ciała, głowa przy głowie. Głowy przeważnie czarnowłose, niektóre twarze o rysach wyraźnie egzotycznych. Lecimy bowiem do Ameryki Południowej.
Rodziny z dziećmi, ale też i dziewięćdziesięcioletnie staruszki - niektóre podróżują same. Dla mnie to obrazki bardzo budujące, nie jestem bowiem, jak widać, jedyną starszą panią samotnie miotającą się po świecie.
Przed moim oknem w ogrodzie rośnie cytryna. Pokochałam to zdumiewające drzewko. Nie tylko dla jego urzekającego zapachu. Jest drzewkiem wszystkich pór roku. Kiedy tu przyjechałam, na początku tutejszego lata, na niektórych gałązkach były jeszcze kwiaty - na tym samym drzewie z drugiej, bardziej nasłonecznionej strony złociły się już dojrzałe owoce. W tej chwili drzewko pełne jest niewielkich zielonych cytrynek, ale codziennie rano znajduję jedną dojrzałą - w sam raz do porannej herbaty...
Maciek, mój siostrzeniec, wynajmuje tu dom na lato, czyli europejską zimę. Jest informatykiem i pracować może wszędzie, więc robi to tu nad morzem. A ja co roku odwiedzam Maćka, bo bardzo się lubimy. Za dnia on siedzi przy komputerach, ja pod drzewkiem cytrynowym przy stoliczku też staram się pracować, choć przeważnie gapię się tylko na niebo, palmy i słońce!
Maciek jest marzycielem i ciągle szuka idealnego domu. Ten, który znalazł w tym roku, już się do tego ideału zbliża. Pomalowany kolorowo, z ogrodem pełnym kwiatów i widokiem na plażę...
Wieczorem gotujemy sobie różności - przywiezioną przeze mnie kaszę i grzyby oraz zraziki z "ichniego" mięsa. Ale najczęściej kończy się na uwielbianym tutaj grillowaniu. Maciek z niezłą już wprawą rozpala grilla - skwierczy mięso na ruszcie. A ja na ten czas staję się wegetarianką wprawdzie wierzącą, lecz niepraktykującą...
Wino kupujemy prosto z beczek w bodedze. Wlewane jest do butelki, którą trzeba sobie przynieść. Kto nie ma lepszej, przynosi plastikową po coca-coli. Znalazłam na targu staroci piękną starą zieloną butlę. To nic, że wielką - wino jest tu cudowne i tanie - wypije się.
Maciek jest po trudnym, bolesnym rozwodzie. W tej chwili tylko się rozgląda. A ja mu w tym "rozglądaniu" staram się nie przeszkadzać. Kiedy trzeba, idę do kina albo wyjeżdżam, aby zwiedzać okolicę. Tyle że Maciek, jak wielu mężczyzn o wybitnym intelekcie, ma fatalny gust odnośnie do dam. Boję się, że znowu wpadnie...
Podczas gdy mój siostrzeniec rozgląda się po swoim "nieułożonym" życiu albo pracuje, ja sobie zwiedzam. Ale nie w ten konwencjonalny, metodyczny sposób, którego nie znoszę. Dlatego nawet nie piszę, gdzie dokładnie jestem, bo nie interesuje mnie geografia, lecz ludzie. Ja sobie po prostu niespiesznie spaceruję i przyglądam się temu dziwnemu, obcemu światu, do którego ciągle jeszcze nie znalazłam klucza. A może już nawet przestałam go szukać...
Jak się odżywiają? Niezdrowo. Białe pieczywo, cola, frytki. Uwielbiają to. Wszystko to dla ludzi mniej zamożnych jest tutaj symbolem zachodniego luksusu - a jednocześnie tanie i dostępne. Oczywiście w klubie golfowym, w którym czasem lubię siedzieć i popijać piwko, spotykam panie szczupłe, zadbane, ubrane u Prady i Lacosty, jedzące sałatki i owoce.
Ale większość... Większość ma to w nosie. Dużo frytek, mięso (choć łatwo dostać świeże ryby, a krewetki i owoce morza są tanie), a potem bardzo słodkie ciasto - to jest życie! Jak się ubierają? Tutaj kobiety nie wstydzą się swojego ciała. Ja sama biegam w podkoszulku i krótkich szortach, czego nie robiłabym w Polsce, nawet na wakacjach. Tu w minispódniczkach paradują mama, babcia i wnuczka.
Na plaży nawet mało apetyczne ciała przyodziane są w skąpe bikini i nikomu to nie przeszkadza. Tego się nie wstydzą - nie wiem, może wstydzą się czegoś innego - jeszcze nie sprawdziłam czego. Któregoś dnia odwiedza Maćka kolega z nastoletnią córką. Wybieramy się na kolację - żadne wielkie wyjście - po prostu rybacka knajpa w porcie. Ale przedtem dziewczyna na godzinę znika w łazience.
- Zobaczcie, czy nie zemdlała - mówię zaniepokojona. - Nic się nie stało - uspokaja Maciek - pewnie prostuje sobie włosy. Kobiety tutaj prostują sobie włosy namiętnie, zupełnie jakby ich życie od tego zależało. Pamiętam, że kiedyś też tyle czasu poświęcałam, żeby je sobie zakręcić. Wszystkie te lokówki, ondulacje, tortury. Co z tego wynika? Nie wiem.
Może tylko mówi o relatywności i próżności kobiecych wysiłków. Ile czasu poświęcamy w gruncie rzeczy na nic. Jeżeli oczywiście nasze - tak ulotne przecież - dobre samopoczucie to na pewno jest nic. Myślę też o tym ideale piękna, który pewnego dnia zjawia się przed nami i już nas nie opuszcza. "Jestem piękna, bo mam długie proste włosy albo jasne i zakręcone. Jestem piękna, bo opalona albo właśnie blada, jestem piękna, bo... Ale nigdy jestem piękna, bo jestem...".
Czas tu nie minął szybko - raczej się wydłużył. Dzień miał więcej godzin, bo w każdej na coś innego warto było popatrzeć. Noce były jasne, pełne świergotu nieznanych ptaków. A teraz czeka mnie Polska - mój kraj, który coraz trudniej mi zrozumieć - i boję się, że do niej też tak łatwo nie znajdę klucza.
Roma Ligocka
PANI 4/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Roma Ligocka
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli