Przejdź na stronę główną Interia.pl

Półki pełne marzeń

Wakacje to dobry czas dla marzeń. Czas, w którym każdy z nas ośmielony ciepłem, światłem, długim dniem ma ochotę zrobić coś, o czym mógłby powiedzieć: "Właśnie o tym marzyłem". Choćby były to tylko lody z malinami w kawiarni nad jeziorem. Kiedy więc marzyć, jak nie latem...

Usiąść na łatce piasku nad niewielką rzeczką i myśleć o podróży na Mauritius... Albo odwrotnie - leżąc gdzieś na rozgrzanej plaży pod palmami, postanowić wreszcie konno zwiedzić Bieszczady...

Reklama

A ja? W sprawach marzeń jestem specjalistką - i może nie mam sobie równych. Połowa mojego życia rozgrywa się w sferze marzeń. To one właśnie gnały mnie przez świat, kazały wierzyć, że ciągle jest na nim tyle rzeczy do odkrycia - nie pozwalały popaść w depresję.

Mam tych marzeń całą spiżarnię. Znajduję tam różne na różne okazje - te drobne i te wielkie. Od czasu do czasu trzeba z nimi zrobić porządek - odkurzyć, przewietrzyć. Te już nieaktualne wyrzucić, inne po prostu zrealizować, aby zrobić miejsce na nowe. Bo marzyć trzeba umieć. Mieć tych planów nie za dużo naraz, nigdy nie uznawać marzeń najlepszej przyjaciółki za własne - mieć swoje, choćby banalne albo kompletnie nierozsądne.

Dokonuję tego przeglądu, siedząc w letnie popołudnie na leżaku na własnym balkonie. Teraz już oduczyłam się wyjeżdżać wtedy, kiedy czynią to wszyscy. Nade mną niebo gorące, lecz burzowe. Skubię sobie poziomki posadzone w skrzynkach. Dawno już chciałam mieć na balkonie dojrzewające poziomki - no i mam.

Gdzieś na średniej półce w moim składziku - tej najbliższej sercu - są pragnienia, których już nie uda się zrealizować. Obietnice, przyrzeczenia składane osobom kochanym, których już nie ma. One odeszły - a plany się rozwiały.

Kiedyś, dawno już temu, płynęliśmy z mężem statkiem z Hiszpanii do Włoch. Młodzi, piękni - ale niestety niebogaci. Mijaliśmy Wyspy Eolskie - były blisko, na wyciągnięcie ręki. Przepiękne maleńkie wysepki, każda inna, romantyczna, w swoim niepowtarzalnym klimacie. Biała Stromboli, gdzie Roberto Rossellini z Ingrid Bergman kręcił legendarny już dziś film... Maleńka Vulcano, na którym biją ciepłe, podobno odmładzające źródła... Tajemnicza Lipari z czarnym piaskiem... Filicudi...

Obiecaliśmy sobie wtedy solennie, że jeszcze tam kiedyś wrócimy i obejrzymy każdy kamyczek na każdej z wysp. No i nie pojechaliśmy tam nigdy. Albo nie starczało pieniędzy, albo jak w wielu małżeństwach nasze kłótnie stawały się ważniejsze od spełniania marzeń.

Cóż więc jest jeszcze w mojej magicznej spiżarni? Na najwyższej półce, tam, gdzie prawie każdy umieszcza marzenia zawodowe: napisać nową książkę, oczywiście lepszą od poprzedniej. Ponieważ autor powinien starać się zawsze być lepszym tylko od siebie samego. No i oczywiście ma się ta książka spodobać wszystkim, mają mnie za to chwalić i kochać... Proszę się nie uśmiechać - któż z nas nie wyrusza w życie zawodowe z buławą marszałkowską w plecaku? Nie opuszczają nas te marzenia także i później, te skrzydła orłów zwinięte w nas...

Wróciliśmy do tych planów dopiero po latach. Mój mąż był już wtedy chory. Myślałam, że ta podróż go uzdrowi, a on może tam chciałby się pożegnać... Nie zdążyliśmy. Wydawało mi się potem, że powinnam pojechać tam sama - uczynić to za niego... Dziś nie jestem już tego taka pewna. Bo z marzeniami trzeba umieć się rozstać. Tak jak z ludźmi.

A na tych niższych półeczkach ciągle jeszcze mam niepoważne, dziewczyńskie pragnienia. Żeby jeszcze wbić się w te wąziuteńkie dżinsy, żeby jeszcze kupić tę jedną jedyną torebkę, która jest mi zupełnie niepotrzebna, ale piękna jak dzieło sztuki...

A Ty, droga Czytelniczko, nie musisz wybierać się na wyspy ani kupować torebek... Ważne jest tylko, abyś umiała pójść za marzeniem i nie pozwoliła, aby marzenie wlokło się za Tobą.

Kiedyś pracowałam w filmie. Kręciliśmy tego lata w Rzymie, ja byłam odpowiedzialna za kostiumy. Zatrzymałam się w hotelu. Kompozytor muzyki do filmu, Amerykanin, mieszkał z żoną w tym mieście na stałe, w pięknym domu na wzgórzu. Kiedyś zaprosili mnie do siebie. Znalazłam się w białej willi otoczonej pachnącym ogrodem pełnym cytryn i pomarańczy. Z okien widać było ozłocone zachodzącym słońcem miasto. Dachy domów, wieże kościołów. Wokół kominka w salonie malowniczo ułożyły się trzy piękne psy. Pan domu nalewał do kieliszków czerwone wino, które sam przywiózł z Toskanii...

Roma Ligocka

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje