Pierwszy raz
W "Śniadaniu i Toffany'ego", moim - i nie tylko moim - ukochanym filmie, bohaterowie postanawiają pewnego dnia zrobić coś, czego nie robili jeszcze nigdy w życiu...
Lubię tę scenę, kocham ten film i książkę, bo, o czym pewnie nikt już nie pamięta, na początku była książka. Wbrew pozorom mówi się tam nie tylko o rzeczach błahych.
Bohaterka, owa Holly, stała się na wiele lat i dla wielu kobiet uosobieniem kobiecej wolności. Mówiła o sobie: "Holly w podróży..." w czasach, gdy kobiety myślały jeszcze, że wypada im marzyć tylko o mężu i dzieciach. Holly twierdzi wprawdzie, że też tego pragnie, ale my wiemy, że jest inaczej. W powieści, nie w filmie, prawdziwa Holly przepada wreszcie gdzieś na końcu świata - prawdopodobnie przegrywa z tą wolnością, na którą jeszcze nie przyszedł czas... "
Im starsi jesteśmy, tym trudniej nam zrobić coś, czego nie robiliśmy nigdy w życiu", powiedział ktoś. A ja, jak to ja, spontanicznie się z nim nie zgadzam. Bo mnie to się zdarza dosyć często. Zależy to od sposobu odbierania świata. Może po prostu należy wszystko robić tak, jakby się robiło po raz pierwszy?
Niedawno dowiedziałam się, że mam być przewodniczącą jury pewnego konkursu literackiego. Tego jeszcze nigdy w życiu nie robiłam. Oceniać cudze prace? Czasem nawet nie potrafi ę ocenić własnej! Ale zgadzam się i oczywiście nie wiem, na co się narażam. Najpierw przychodzi ogromna paka, a w niej stos tekstów do przeczytania. Ustawiam go sobie na krześle obok biurka. Następnie stosuję moją starą technikę odwlekania trudnych zajęć. Wynajduję więc sobie inne pilne prace. Przesadzam rośliny na balkonie, robię przyjaciołom obiecaną od miesięcy nalewkę z malin. W końcu biorę do ręki pierwszy tekst. Nie podoba mi się. Odkładam.
Potem próbuję dość często przeze mnie sprawdzanego "prawa pierwszego zdania" - to też na nic. Wreszcie wciąga mnie. Czytam - mija dzień, mija noc. Po kilku dniach mam już ułożone na dwóch krzesłach dwa stosiki: ten większy na "nie" i ten mniejszy na "trochę tak" i "całkiem tak". A wtedy przychodzi moja pani Marysia, która troszczy się o porządek w moim mieszkaniu i jednym energicznym ruchem czyni z tych dwóch stosików z powrotem jeden. - Pani Marysiu! - krzyczę przerażona - cóż pani robi?! Być może przemieszała pani właśnie ludzkie losy! Zaczynam układankę od nowa. W końcu mam tych dziesięciu najlepszych, potem już tylko siedmiu. Dobrze. O resztę niech się martwi pozostała część jury.
Zadowolona kładę się spać. I nagle w nocy przypomina mi się, że była jeszcze taka praca - coś tam było o Ikarze - i że przecież... Wstaję, zapalam światło, robię z nocy dzień - szukam jej wszędzie. Wreszcie znajduję ten tekst zaplątany między inne. I już wiem, że ta opowieść jest tą jedyną, która trafia mnie prosto w serce, dla której warto było podjąć cały trud. Siedzę w łóżku, czytam i płaczę. Wiem, że to śmiesznie wygląda, ale na szczęście nikt mnie nie widzi. "
Naukrate (matka Ikara) opowiada: - Mój syn przyszedł do mnie wieczorem i ułożył głowę na moich kolanach... - Mamo - powiedział - mamo, tato zrobił skrzydła. Gładziłam go po głowie. - Wiem synu, widziałam - odpowiedziałam mu. - Mamo, zrobił te skrzydła dla mnie. Pierwszy raz poczułam ukłucie niepokoju i chłód wlał się w moje serce. - Jutro mamy polecieć - powiedział do mnie mój syn". Nie jestem matką Ikara - dzieli nas morze czasu - ale wiem, co ona czuje. My wszyscy, rodzice dorosłych dzieci.
Mówią nam, że wyjeżdżają, że właśnie się zakochali, że muszą gdzieś pędzić - budują swoje skrzydła... A my i tak wiemy, że zaraz odlecą. Rozumiemy, że na nic w ich życiu nie mamy już wpływu, ogarniają nas bezradność i lęk. "Poczułam prawdziwą trwogę. - Synku, ludzie nie latają...". - Przecież on ci nie uwierzy - szepczę. - Nie zatrzymasz go, nawet tego nie chcesz. Nikt nie powstrzyma własnego dziecka przed niczym.
"Mamo, jutro odlecimy z tej wyspy. Mamo, cały świat, rozumiesz? Cały świat. Wreszcie!". Tak niedawno jeszcze to my byliśmy dla nich całym światem. Nic nie działo się bez nas - potrafi liśmy ukoić, uspokoić, uleczyć. A potem wszystko staje się ważne, a najmniej w tym wszystkim my. Świat dla nich jest coraz większy, a my coraz mniejsi. Rodzice dorosłych dzieci - bezradni, skazani na przegraną walkę z wiatrakami. "Pozwolił mi pójść na urwisko razem z nim. Świt był chłodny. Odlecieli, a słońce dopiero co wstawało. Lecieli, a ptaki dziwiły się im i krążyły nad nimi zaniepokojone. Zniknęli za horyzontem, a mnie serce pękło na kawałeczki. Panie... wybacz... myślę, że będą szczęśliwi tam, w świecie. Mój syn, panie, zasługuje na szczęście". Zasługuje. Mój też - choć skrzydła, które przypiął, nie były z wosku. Wasze córki, Wasi synowie także zasługują.
Tylko że tego szczęścia nie możemy im ani kupić, ani zdobyć, ani ofiarować. Nie mamy dosyć rąk, aby ich chronić, ani dosyć wyobrażeń, by dojrzeć niebezpieczeństwa, którym lecą naprzeciw, ani dosyć siły, aby ich zatrzymać. Czasem możemy tylko w milczeniu patrzeć, jak odlatują, i wierzyć, że wrócą...
Moja autorka o dziwnym pseudonimie ROBACZKA dostała nagrodę i z tego się cieszę. Teraz i Was pragnę zachęcić, abyście w nowym roku zrobili coś po raz pierwszy. Tyle jest rzeczy do wypróbowania. I nie musi to być koniecznie skok ze spadochronem, a już na pewno nie bez.
Roma Ligocka
Artykuł pochodzi z kategorii: Roma Ligocka
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
zablokowalam sie. tak calkiem i zupelnie. siedze przed... więcej












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli