Pan Paweł
Dobro jest bezbronne, powiadają. Myślę o tym, kiedy przypominam sobie tamten deszczowy dzień i ową rozmowę...
Wracamy z festiwalu sztuki - kierowca, ja i pan Paweł, pianista. Grał na festiwalu piękne "kawałki", potem ja czytałam swoje, trochę mniej smutne. Jest szczupły, sympatyczny, choć niewiele mówi, ma miły uśmiech.
Ja też milczę - przed chwilą rozmawiałam z ponad setką osób, ściskałam wiele dłoni, teraz chcę tylko do domu. A do domu daleko. Robi się mroczno, mżawka zmienia się w duży deszcz i coś się psuje w samochodzie. - W pobliżu jest pałac z restauracją - mówi kierowca. - Zostawię tam państwa na chwilę, a sam spróbuję naprawić samochód...
Siedzimy w pałacowej sali. Ze ścian patrzą na nas nowiutkie, zrobione na staro portrety przodków. Na stolikach wielkie bukiety plastikowych róż. Jesteśmy sami, tylko przy barku krząta się senna panienka. Zamawiamy herbatę i koniak. Snujemy luźną rozmowę - trudno tak siedzieć w pustej sali i milczeć.
Wspominam coś o domu, rodzinie. - A pan ma dzieci? - pytam, nie przewidując konsekwencji. - Nie, nie mam. Ale przez dziesięć miesięcy i pięć dni byłem ojcem... Pan Paweł milknie na chwilę. - To ciekawa historia - mówi w końcu - może powinienem ją pani opowiedzieć. Nie jestem wprawdzie pewna, czy chcę ją usłyszeć, ale w nim już coś się otworzyło i jeśli nie mnie, opowiedziałby ją teraz nawet kelnerce.
- Zawsze chciałem mieć żonę i dzieci, może to było przyczyną wszystkiego - rozpoczyna z namysłem. Pochodzę z małego miasta. Matka mnie nie lubiła. Młodszego brata tak, a mnie nie. Ojciec do niczego się nie wtrącał. Namawiał mnie tylko, żebym grał. Sam kiedyś chciał być muzykiem. Skończyłem szkołę muzyczną, pojechałem do Warszawy i już tam zostałem. Mam przyjaciela, właściwie jedynego - jest dziennikarzem, wydawcą. Czasem załatwia mi pracę. Ale w Warszawie nie udało mi się nikogo poznać. Nie znam żadnych lokali ani klubów...
Zresztą ja chciałem mieć nie dziewczynę, tylko żonę i dzieci. Nie wiem, może po to, żeby pokazać je mamie... "Ale ta żona sama do ciebie nie przyjdzie", śmiał się mój przyjaciel. A jednak przyszła. Może nie do mnie, ale do kawiarni na rogu, do której często chodziłem. Ona też. Przyjeżdżała samochodem. Znała tam barmankę, czasem coś szeptały. Od początku chciała wszystko o mnie wiedzieć: co robię, jak mieszkam, z kim. Myślę, że już wtedy mnie wybrała.
Ja o nic nie pytałem, wystarczyło mi na nią patrzeć. Była kolorowa. Miała brązowe włosy, śniadą skórę. Nosiła kolorowe sukienki, kolczyki. Nosiła je nawet rano, kiedy owinięta w ręcznik krążyła po pokoju z filiżanką kawy, a kolczyki jej brzęczały. Przyszła do mnie pewnego dnia, chciała usłyszeć, jak gram. Potem już byliśmy razem.
"Razem" to może za dużo powiedziane. Ona wpadała i wypadała - dałem jej klucz od mieszkania - ale zawsze na krótko. Mówiła, że pracuje w hurtowni kosmetyków, dużo jeździ. Nie chciała robić wspólnych planów, płoszyło ją to. Potem opowiedziała mi, że ma dziecko, dwuletnią dziewczynkę. "Jej ojciec jest za granicą, nie wiem gdzie", rzuciła sucho. Nawet się ucieszyłem. Chciałem poznać małą. Wreszcie ułożyłem plan.
Mój przyjaciel miał pod Warszawą letni domek. Chętnie mi go pożyczył. Postanowiłem zaprosić ją tam z dzieckiem, zaprzyjaźnić się z małą i wreszcie się oświadczyć. Pojechaliśmy jej samochodem. Mała siedziała w środku. Jasne włoski i ciemne oczy jak u matki. Na głowie miała biały berecik. Energicznie podała mi rękę. "Paweł", powiedziała. "A jak ty się nazywasz?". "Paweł", powtórzyła. Ale ja już wiedziałem, że nazywa się Mimi. Wieczorem zrobiłem włoską kolację. Spaghetti z sosem pomidorowym - dzieci lubią makaron - owoce, sery, wino...
Mała cały czas siedziała mi na kolanach. Nie chciałem płoszyć nastroju, postanowiłem oświadczyć się przy kawie. Obudziła mnie cisza. Łóżko obok mnie było puste. Zbiegłem na dół. Mała siedziała przy kuchennym stole. Przed nią rozsypane płatki śniadaniowe, kruszyła je palcami. "Mama poszła kupić", powiedziała. Na zakupy? W niedzielę rano? Przecież byliśmy w lesie! Wypadłem z domu.
Samochodu nie było. Był za to liścik na lustrze w łazience. Że jej mąż odnalazł się za granicą, że popadł w tarapaty i że ona musi jechać go ratować. Wie, że zajmę się małą, bo jestem dobrym człowiekiem. Następnego dnia rano wziąłem Mimi na plecy i poszedłem przez las na stację. Od początku wiedziałem, jak się nią zajmować, co dawać jeść, jak ubierać. Jakbym to już kiedyś robił.
Kupiłem ubranka, zabawki, łóżeczko. Przyszła zima, święta, ubieraliśmy choinkę. Uczyłem Mimi grać na fortepianie, tak jak kiedyś ojciec uczył mnie. Dwa, trzy razy zachorowała, miała wysoką gorączkę - tego bałem się najbardziej. Całą noc nosiłem ją na rękach. Nie pracowałem, pieniądze pożyczałem od ojca.
Tego dnia po raz pierwszy miałem koncert niedaleko w bibliotece. Z małą została sąsiadka z dołu. Gdy wróciłem, w mieszkaniu nie było nikogo. Zbiegłem na dół. Sąsiadka otworzyła mi przerażona. - To Mimi nie jest z panem? Żona powiedziała, że chce panu zrobić niespodziankę. To przecież była pańska żona? Mała mówiła do niej: "mama". I znów w łazience był liścik. Że wraca do męża za granicę i że mi dziękuje...
Pan Paweł urwał i zakasłał takim kaszlem, którym mężczyźni maskują łzy. W drzwiach ukazał się nasz kierowca: - Możemy jechać? - Zauważyłam, że ani razu nie wymówił pan jej imienia - powiedziałam, schodząc ze schodów. Może to i dobrze...
Roma Ligocka
PANI 8/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Roma Ligocka
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
...falenicka i otwocka:)) Poczytałam... więcej
Reklama
Wasze komentarze (1)
-
25.12.2011 (14:57)
-












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli