Na rogu strachu i nadziei
To jest mój aktualny stan ducha u progu lata, a nie nowy adres. Nie jestem aż tak szalona, żeby się znowu przeprowadzać.
Tymczasem w mieście kwitną sklepy – żółto, zielono i neonoworóżowo. Modne są jaskrawe dziewczęce kolory. Zwabiona nimi jak pszczoła, wbrew zakazom, które sobie narzucam, ruszam w miasto. Może nie na zakupy („Masz to już, Roma”, odzywa się w mojej głowie głos mamy), ale żeby trochę pobiegać.
Bieganie po sklepach to też bieganie, wmawiam sobie. Odmawiam wielu pokusom, ale w końcu wracam do domu z przykrótką sukienką w kolorze wściekłej fuksji. Bo muszę mieć nowy „strój na strach”, a raczej przeciw strachowi. Może wystąpię w niej w telewizji. Lubię wtedy mieć na sobie coś, co zupełnie nie pasuje do mojego wieku i nastroju. Lubię, kiedy moje wnętrze i „zewnętrze” dzielą lata świetlne.
Jest to swojego rodzaju kostium, a może zbroja. A potem mogę, jeśli chcę, powoli otwierać ludziom kolejne drzwi do siebie samej. Widać wtedy pod tą powłoką niepoważnej starszej pani kobietę trochę przerażoną światem, matkę niepewną swojej roli i wreszcie zagubione dziecko. Na tym dziecku przeważnie się kończy – może dalej nie ma we mnie już nic…
Obudziłam się w środku nocy z nieokreślonym lękiem, ze strachem nienazwanym. Często mi się to zdarza. Prawie słyszałam, jak w mroku pokoju skrada się do mnie moja wyobraźnia – zmora wszystkich bezsennych nocy. Ale lata praktyki nauczyły mnie, że trzeba natychmiast coś z tym zrobić. Stałam się w końcu mistrzem w racjonalizowaniu własnych lęków, badaniu ich, rozkładaniu na czynniki pierwsze. Trochę jak dziecko, które najpierw musi rozmontować zabawkę, wyjąć z niej warczące sprężyny, świecące oczy, aby potem ją oswoić.
Czego ja się dzisiaj boję? – zapytałam siebie. Może mnie coś boli? Może jakaś choroba? Mam lęki często powracające – strach przed chorobą należy do nich. A dziecko? Dzwoniło? Dzwoniło. Ale jakiś dziwny miał głos, smutny taki. Może coś przede mną ukrywa? Zadzwonić do niego? Teraz, zaraz. O, nie! Dawno już oduczyłam się dzwonić wtedy, kiedy mnie „coś napadnie”. A zresztą, która byłaby u niego godzina? Czwarta rano. A może źródłem lęku jest moja praca? Znów jej było za mało, znów sobie coś obiecałam i nie wykonałam… znów wiem, że nie zdążę na czas, że on ucieka, ucieka…
A może po prostu boję się tylko samej siebie? Tych swoich niepokojów, niestabilności emocjonalnej, bałaganu uczuć? Może praca, dziecko, zdrowie to tylko preteksty? Może ja się muszę zawsze czegoś bać, aby móc się uzbroić, aby przekornie i wbrew wszelkim pozorom właśnie w tym strachu odkryć poczucie własnej siły? Człowiek przez całe życie uczy się, czego powinien się bać. A to ognia, a to, że będzie bolało, a to, że mamy zabraknie.
A potem zdarzają mu się właśnie takie rzeczy, których bać się nie nauczył. Moja mama najbardziej bała się tego, że w starości będzie bezbronna, niesprawna, a ja, jej jedyna córka, będę musiała się nią opiekować, że stanie się dla mnie ciężarem. Ale odeszła nagle, przedwcześnie i tak cicho, jak żyła, żeby nikomu nie sprawiać kłopotów. Zaufała lekarzowi i lekom, które przez lata jej zalecał.
Wychowano ją w szacunku dla autorytetów, ale nie nauczyła się ich sprawdzać. Nauczyła się bać starości, ale nie nauczyła się ufać samej sobie… Ja zaś często w życiu bałam się wymyślonych przez siebie sytuacji, które na szczęście się nie sprawdziły. Gdybym jednak przewidziała to, co miało wydarzyć mi się naprawdę, nie wiem, czy umiałabym przetrwać do dziś. Kiedy rano z filiżanką kawy wychodzę na balkon, patrzę na rozbuchaną zieleń, na orgię kolorów wczesnego lata, na własnoręcznie posadzone niezapominajki, poziomki…
„Pani Romo, krokusy kwitną, proszę przyjechać”, dźwięczy jak dzwoneczek głos mojej pani Marysi z gór. Jadę. Przede mną fioletowa łąka, patrzę, jakbym widziała ją po raz pierwszy. „Zaczyna się lato! Wynajmujemy dom w Hiszpanii! Wpadniesz?”, entuzjazmują się moi przyjaciele, a w głosie ich zdumienie i radość, jakby to lato wcale przyjść nie musiało, jakby znienacka zostali nim obdarowani. Szybkość tej zmiany u nich i we mnie zawsze mnie zaskakuje, bo znaczy to, że ciągle jeszcze i mimo wszystko jesteśmy częścią przyrody.
Umieramy w zimie, padamy i podnosimy się, znikamy i rodzimy ponownie – po prostu któregoś dnia inni, trochę tylko podobni do nas wczorajszych. „Czy kiedyś znowu będzie wojna?”, pytałam mamę – ja, małe, ale doświadczone już życiem dziecko. A mama roześmiana, w kwiecistej sukni, pachnąca perfumami pochylała się nade mną. „Wojny – mówiła, obejmując mnie – nie będzie już wcale!”. I trochę się pomyliła.
Ale może już nigdy nie będzie zimy? Na rogu strachu i nadziei, gdzieś na początku lata, spotykamy się wszyscy, wstydząc się nieco swoich zimowych lęków, marazmów i słabości. Prostujemy plecy, rozkładamy znowu mapy podróżne, obiecujemy sobie, że będziemy piękni, opaleni, jak nowi. Obiecujemy sobie tak wiele: będzie wspólne siedzenie w kawiarni, będą kolorowe rozmowy pełne światła i blasku… wielu rzeczy będziemy szukać i może coś uda nam się znaleźć. Aż do jesieni nic nam nie grozi. A jesień? Któż to wie – być może nie przyjdzie już nigdy…
Roma Ligocka
PANI 6/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Roma Ligocka
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
...falenicka i otwocka:)) Poczytałam... więcej












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli