Przejdź na stronę główną Interia.pl

Miłość po południu

Przysiadłam na chwilę na ławce w parku - ona siedziała na sąsiedniej. "Miłość... miłość... miłość", wołała miarowo wpatrzona w przestrzeń.

Nie podobała mi się. Przyszłam tu, żeby odpocząć. Lubię w środku dnia przysiąść na chwilę na ławce w parku, na murku w środku miasta lub na jakimś skwerku. Lubię pomiędzy rozlicznymi zajęciami zastanowić się nad tym, co robię, dokąd pędzę i co jeszcze dziś mam do wykonania. Zatrzymać się, przerwać ten bieg skądś – dokądś. Zrobić sobie kilkunastominutowe wakacje, wymknąć się rzeczywistości. Zawsze to lubiłam – w szkole nazywaliśmy to „wyjść z siebie i stanąć obok”. A dziś nauczyłam się od buddystów, jak ważna, najważniejsza jest chwila, w której jesteśmy ważniejsi od przyszłości, do której biegniemy, i przeszłości, od której uciekamy. Siedziałam z przymkniętymi oczami, łapiąc ostatnie już o tej porze roku ciepłe promienie słońca.

Reklama

Denerwował mnie tylko ten miarowy, trochę piskliwy głos obok mnie: „Miłość! Miłość! Miłość!”.

Otworzyłam więc oczy i przyjrzałam się jej z niechęcią. Była niemłoda, tłustawa, ubrana w kolorową bluzkę bez rękawów. Po raz już któryś z rzędu ponowiłam w duszy ów apel strzelisty, którego dotąd nie miałam okazji wypowiedzieć głośno. „Drogie panie w pewnym wieku, jeśli już nie chcecie lub nie możecie pozbyć się tej góry zbędnych kilogramów, które nosicie ze sobą, to chociaż nie pokazujcie światu gołych ramion. Pokazujcie, co chcecie – zgrabne nogi dobrze obute, krótkie spódniczki, dekolty, wszystko, tylko nie te nagie ramiona, one nigdy już nie będą ładne, te białe, tłuste kawałki ciała, które mnie uporczywie przypominają śniętą rybę”. Pani tymczasem wstała. „Miłość! Miłość! Miłość!”, powtarzała znowu, rozglądając się wokół wyczekująco. „Oj, coś chyba z nią nie jest w porządku”, pomyślałam nie bez współczucia. Na wszelki wypadek postanowiłam jednak się oddalić, kiedy nagle usłyszałam, co ta pani mówiła naprawdę, i zrozumiałam, że to nie z nią jest coś nie w porządku, tylko niestety z moim słuchem. Pani bowiem wołała nie „miłość”, tylko „Miłosz”. Zaraz potem na ścieżce przed nami pojawił się ów Miłosz. Okazał się sympatycznym pudlem – tłustym jak jego właścicielka – i całym utytłanym w liściach. Odchodząc, zastanawiałam się jeszcze, czy to naprawdę zawiódł mnie słuch, czy może w samotne jesienne popołudnie usłyszałam słowo, które bardzo chciałam usłyszeć... „Boże, jak ja pragnę miłości!”, napisała kiedyś w pamiętniku moja szkolna koleżanka.

Miałyśmy wtedy po kilkanaście lat.

Pamiętam jeszcze ten pamiętnik – biedniutki zeszycik w kratkę, przylepione na okładce niezapominajki... A potem stało się to, co stać się musiało – chłopcy oczywiście dopadli gdzieś ten pamiętnik i zarykiwali się ze śmiechu. Byłam przypadkowym świadkiem tych rechotów i choć było mi strasznie wstyd, nie umiałam jeszcze wtedy zaprotestować ani obronić dziewczyny. Odwagi cywilnej uczy się człowiek z wiekiem – choć są tacy, którzy nie nauczą się jej nigdy. Młodość zresztą ani wtedy, ani dziś nie jest na ogół ani taktowna, ani tolerancyjna – to też przychodzi wraz z dojrzałością. Dziś owa dziewczyna napisałaby coś takiego pewnie na blogu lub wysłała SMS-em i nic to by nie zmieniło, choć pewnie zwielokrotniłoby ów rechot. Bywały długie okresy w moim życiu, kiedy chciałam wykreślić to słowo z mojego słownika. Kojarzyło mi się bowiem już tylko z niewolą i chęcią zawłaszczenia mnie przez partnera. Utwierdzało się we mnie ponure, choć nigdy głośno niewypowiedziane przeświadczenie, że niezdrowo jest kochać i niebezpiecznie być kochanym. Miłość nieodparcie kojarzyła mi się z klaustrofobią.

Trzeba było wielu lat...

Prawdziwa dojrzałość polega być może na odkrywaniu rzeczy najprostszych. Dziś wiem to znowu, że dwie najbardziej dojmujące tęsknoty w życiu człowieka – tęsknota za miłością i za własnym domem – nie cichną nigdy...

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje