Kasztanowy warkocz
Myśmy się jeszcze romantycznie w nim kochały. Dziewczyny z pokolenia po mnie je podziwiały - dzisiejsze już tylko z nimi rozmawiają, ale ciągle są dla nich najważniejszymi osobami...
Postanawiam przeprowadzić coś w rodzaju minisondażu opinii, tylko wśród znajomych: "Czy pamiętasz jeszcze jakąś swoją nauczycielkę?". Na początku los mi zsyła panią Ewę. Miła, rozsądna i niegłośna - lubię takich ludzi. Przysiadamy na ławeczce w promieniach jesiennego słońca.
- Nauczycielka? Pamiętam jedną. Miała cudowne włosy. Kasztanowy warkocz opadający na plecy. Kiedy odwracała się do tablicy, połyskiwał on w świetle czerwono i złoto, poruszał się wraz z nią w rytm jej słów. Siedziałam jak zahipnotyzowana - kochałam jej włosy, jej głos - wydawała mi się po prostu piękna... Pewnego dnia po wakacjach zjawiła się w szkole z krótko obciętą fryzurą - już bez warkocza... Odczułam to jako zdradę, odtrącenie, jakby zrobiła to tylko po to, żeby mnie ukarać. Pierwsze takie doświadczenie w moim nastoletnim życiu...
Potem spotykam Zosię - właśnie ma egzaminy na uczelni. Postanawiam potraktować ją jako jednoosobową reprezentację pięknych dwudziestoletnich. Zosia nie zastanawia się długo. - Była taka nauczycielka i nadal jest. Bardzo lubiłam z nią rozmawiać. Nawet kiedy z kilkoma koleżankami przeniosłyśmy się do innej szkoły, wpadałyśmy do niej do domu, aby pogadać, i zawsze zastawałyśmy tam kilka innych uczennic. Jaka jest? Otwarta, rozumna, lubi nas. Ma coś takiego, że można jej wierzyć. To się nazywa dobry kontakt i zgodność tego, co się robi, z tym, co się mówi - dodaje Zosia, przyszły socjolog, i pędzi na egzamin.
A mnie samej czasem jeszcze śni się szkoła. Niezdany egzamin, klasówka, strach... Niekiedy przypomina mi się zdarzenie prawdziwe, choć tak już odległe, że prawie z innej rzeczywistości. Pamiętam towarzyszące mu uczucie szczęścia, jakby jakiś nieuchwytny zapach perfum z dawnych lat... Mam dwanaście lat. Leżę w łóżku z wysoką gorączką. Mam wietrzną ospę, całe ciało pokryte wysypką. Płaczę. Łzy spływają po rozgorączkowanych policzkach. Wyobrażam sobie, że jestem ohydnie zeszpecona, taka już pozostanę i nikt mnie nie pokocha.
Obok w kuchni płacze z bezradności moja mama... Nagle dzwonek u drzwi. Zjawia się ukochana nauczycielka z czwartej klasy - pani Misia. To, że przyszła tak po prostu do mnie do domu, wydaje mi się niepojętym wyróżnieniem. Jak zwykle w granatowym szkolnym fartuchu, z włosami zwiniętymi w koczek na czubku głowy. Nie była ładna ani młoda, na pewno jednak zmęczona. Ale dla mnie była świetlistą postacią z bajki.
Siada przy mnie i trzyma mnie za rękę. Dłonie ma szorstkie, o suchej skórze. Zamykam je w moich rozpalonych gorączką i tak sobie siedzimy. Możecie się śmiać, ale jeśli ktoś powie, że nie było to doznanie erotyczne, to nic nie wie o erotyce albo ja nic o niej nie wiem. Wyzdrowiałam. Ospa jakoś mnie oszczędziła. Mam tylko niewielki znak na czole - może po to, żeby nie zapomnieć pani Misi.
W czasie kiedy jeszcze nie jesteśmy świadomi siebie, ale już świadomi inności drugiej osoby, potrzebujemy żywego wzoru, przykładu. Potrzebujemy kogoś, kto byłby łącznikiem pomiędzy życiem, którego dopiero mamy się nauczyć, a nami. Czasem takim obiektem naszych uczuć staje się nauczycielka. My, którzy w młodości tak długo byliśmy izolowani od płci przeciwnej, że prawie jej nieświadomi, odkrywaliśmy w sobie pierwsze, nieśmiałe uczucie miłości...
Najmłodsza z moich rozmówczyń, siedmioletnia Julka, chętnie dzieli się ze mną swoimi doświadczeniami. - U nas w szkole była pani Basia - Julka rozpromienia się na to wspomnienie - fajna! Super! Dużo nam czytała, opowiadała różne historie... A potem odeszła i już jej nie ma. Buzia Julki smutnieje. - Jak to odeszła? - pytam zmartwiona. - Była młoda czy stara? - Stara - opowiada Julka - poważnie. Bardzo stara. - To może poszła na emeryturę? - zagaduję. - Może na emeryturę...
Julka, choć na pewno nie zna tego słowa, poważnie kiwa głową. A ojciec Julki, który przysłuchuje się naszej rozmowie, uśmiecha się i szepce mi na ucho: "Pani Basia ma 32 lata".
Dziwne osoby. Wybierają swój zawód nie dla kariery i na pewno nie dla pieniędzy. Z biegiem czasu jedne lepiej się w nim odnajdują, inne gorzej. Wszystkie pracują dużo, wstają wcześnie. Rano biegną do szkoły, nie przez kilka lat tak jak my, ale przez całe życie. Wieczorami siadają przy lampce i poprawiają nasze błędy. "Obyś cudze dzieci uczył", powtarzała stare powiedzenie moja przyjaciółka, nauczycielka muzyki, kiedy w jesienną szarugę zrywała się z wygodnej kanapy, aby pędzić na zajęcia.
A mnie ta pora roku kojarzy się ze starą nauczycielką. "Stara" to nie jest złe słowo, stare może być także wino. Jest spokojna, czasem chłodna, rozsądna, ale kiedy się ciepło uśmiecha, to zawsze jest to dla nas jak nagroda. Zmusza do wysiłku, do zebrania się w sobie. Ostrzega, że jutro nie będzie łatwo, że pojutrze może być jeszcze trudniej...
Wracam do rozmowy z panią Ewą. - Pamiętam jeszcze taką nauczycielkę - opowiada. - Wzywała mnie do tablicy, kazała mówić o czymkolwiek. Na moment zamykała oczy, odpoczywała, była przez chwilę jakby nieobecna, nie słyszała, co mówię. A potem stawiała mi ocenę bardzo dobrą; wiedziała, że może na mnie liczyć. I chyba dzięki niej poznałam znaczenie pięknego słowa - zaufanie.
Roma Ligocka
PANI 11/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Roma Ligocka
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Szczęśliwe dzieciństwo w żadnej mierze nie zależy od... więcej












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli