Co myśleli tego dnia…
JOASIA. Zepsuję im święta. Ale może jak wszyscy będą razem, będzie łatwiej. I jak to się mówi? Tak po prostu: "będę miała dziecko"?
Zawsze doradzałam wszystkim dziewczynom, byłam najmądrzejsza. To się nie mogło zdarzyć właśnie mnie. Czuję, że brakuje mi powietrza, muszę to komuś powiedzieć. Mamę zawsze coś boli, kiedy się zdenerwuje… babcia może się nawet ucieszy, ciągle powtarza, że najważniejsza jest miłość… A ojciec? Bartek dowie się za kilka dni, jak wróci z Anglii. Nie mogę mu tego powiedzieć przez telefon, choć wszyscy tak robią… zresztą on i tak zgodzi się na to, co zechcę.
A ja? Czego chcę? Na pewno nie dziecka teraz. A może tak? Aborcja? Niby wszystko wiem, ale nie mogę sobie wyobrazić… A potem wstaje się z tego fotela i już się nie ma dziecka? Jest trochę czasu – może zdarzy się cud? Trzeba zapakować prezenty. Paaaweł! Znów mi ukradłeś papier, ty koszmarze!!!
PAWEŁ. Ciekawe, co dostanę. Mama wie, co bym chciał, bo jej mówiłem. Od taty na pewno książki – narzeka, że mało czytam. Od dziadków – pieniądze. Tylko trzeba uważać, żeby nie było jak zeszłego roku! Dziadek dał mi banknoty w zwykłej kopercie i to potem wylądowało między opakowaniami po prezentach. Mama wszystko zabrała i wyrzuciła, bo nie lubi papierów na podłodze. I koperta przepadła. Szukaliśmy najpierw w mieszkaniu, potem z ojcem w tych wielkich pojemnikach na dole.
Koperta się w końcu znalazła, ale ojciec był wściekły i nie poszliśmy na pasterkę. Zresztą cały wieczór był wściekły. Najpierw przez te ostrygi. Kupił je w drewnianej skrzynce we francuskim sklepie. Drogie. Miała być niespodzianka, bo jeszcze nikt z nas ich nie jadł. Tylko obaj z dziadkiem nie umieli ich otworzyć, złamali nóż i w końcu ojciec wyrzucił je na balkon, i tak leżały, aż zakrył je śnieg. A myśmy jedli babcine śledzie…
Ja bym chciał spędzić święta w miłym domku wysoko w górach, żebyśmy w nocy z tatą przypięli narty i zjeżdżali tylko przy latarkach… i żeby był z nami Julek, bo to najlepszy kolega… Może jutro wpadnie oglądać prezenty, jak go mama puści… Z tymi prezentami nie za bardzo mi wyszło… zapalniczka dla dziadka, a on już nie pali. No nic, będzie miał na pamiątkę… Aśka! Weź już sobie ten papier, ty zmoro!!!
JÓZEF. W razie czego pożyczę pieniądze od ojca. Oni sami nie za wiele mają, ale ojciec nigdy mi nie odmówi. A jeśli to wszystko przeciągnę parę tygodni, może uda się uratować firmę… Mój Boże! Kiedyśmy ją dziewięć lat temu z Romkiem zakładali, śmieliśmy się, że przed pięćdziesiątką chcemy być milionerami. Już nie będziemy. Dobrze, że Marysia ma pracę – nie będzie katastrofy. Na razie trzeba się ograniczać…
Oni zresztą czują, że coś jest nie w porządku. Marysia na pewno. Asi mi żal, tak się cieszy z każdego prezentu… to jeszcze dziecko. Trzeba się zbierać na Wigilię. Ale się wygłupiłem zeszłego roku z tymi ostrygami. Ileż to człowiek w życiu niepotrzebnie wydaje pieniędzy, teraz by się przydały… Po świętach muszę pogadać z ojcem.
MARIA. Plecy mnie bolą. Powinnam częściej ćwiczyć, ale stale brakuje mi motywacji. Józek wiecznie rozdrażniony, wiem, że coś się dzieje w firmie, ale na razie nie pytam. Już i tak wszystko mnie boli. Dobrze, że jest praca – koledzy mnie tam lubią…
Kiedy ja się stanę asertywna? To przecież nieważne, czy mnie ktoś lubi, czy nie… Asia mi się ostatnio nie podoba, ma taką twarz, jakby… Pamiętam, jak byłam w ciąży z Pawełkiem, to lekarz od razu powiedział: „Wiem, wiem, poznałem po twarzy”. Głupstwa sobie wymyślam, przecież oni są rozsądni… Niepotrzebnie tak wszystkich obserwuję, kontroluję… To przecież dorośli ludzie… Włożę czarną sukienkę – wyglądam w niej szczuplej… Pojechałabym na święta gdzieś daleko, gdzie jest ciepło… tylko z Pawełkiem, on by się ucieszył… Ale nie można tego zrobić rodzicom.
DZIADEK. Po kolacji sobie zapalę cygaro. Wprawdzie już nie palę, ale w Wigilię… Ileż to człowiek z biegiem lat oddaje z siebie… przyjemności, przywileje, nałogi… Jak dom, z którego ścian powoli odpada cegiełka po cegiełce… Kiedy spojrzę w lustro, to już widzę, że została ze mnie połowa. Oni myślą, że zrobiłem te wszystkie badania. A ja wcale nie poszedłem – nie chcę wiedzieć… Józek ma teraz dobry czas. Dzieci takie ładne i firma się rozrasta… A pamiętam, jak ją zakładał, to nie wierzyłem, że się uda, za mało go wspierałem. Chyba nigdy nie byłem zbyt dobrym ojcem, fajnym facetem też nie… Nieważne. Zapalę wieczorem cygaro. To już i tak nie ma znaczenia.
BABCIA. Chyba o niczym nie zapomniałam. Są śledź, barszcz i ryba. Dobrze, że Marysia przyniesie ciasto. Oni teraz znowu pieką – myśmy się tego nie uczyli, bo byliśmy hipisami. Pamiętam, jak kiedyś spędzaliśmy Wigilię na plaży. Chłopcy przynieśli gitarę. A rodzicami nie przejmowaliśmy się wcale… Stół ładnie wygląda – dobrze, że mam jeszcze ten koronkowy obrus. Tak chciałam się po południu położyć, choćby na godzinkę, ale nie zdążyłam. A teraz jestem zmęczona… Najchętniej przesiedziałabym święta w hotelu z dobrą obsługą… żeby w pokoju palił się ogień w kominku… Ale nie można tego zrobić dzieciom – wnuki też muszą mieć co wspominać. Lubię na nich patrzeć… No, jesteście! Wchodźcie szybko, bo zimno. Jakie piękne ciasto!
Co myśleli tego dnia? Joasia i Paweł, ich rodzice i dziadkowie zasiądą zaraz przy wigilijnym stole. A w rzeczywistości to tylko ja. Oni istnieją jedynie w mojej wyobraźni. Bo przecież tyle jest nas – w nas. Wesołych Świąt!
Roma Ligocka
PANI 12/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Roma Ligocka
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli