Przejdź na stronę główną Interia.pl

Brzuch w wodzie

Grubas ubrany w przyciasne majtasy stał w basenie zanurzony po brzuch. Górna jego część - różowa i owłosiona - wystawała ponad taflę wody i drżała przy każdym ruchu.

A na betonowym brzegu basenu miał ustawione garnki, płytkę, różne wiktualia i gotował, oczywiście dla telewizji. Gotował, podjadał i uśmiechał się cały czas do kamery – może bardziej lubieżnie niż sympatycznie.

Reklama

Patrzyłam zafascynowana obrzydliwością tego spektaklu, nie mogąc oderwać wzroku. Nie wolno bawić się jedzeniem, bezmyślnie kruszyć chleba, mówić z pełną buzią – powtarzano nam do znudzenia przy rodzinnym stole. Być może dziś już tak się dzieciom nie mówi.

Tymczasem znowu w telewizorze ciemnoskóry pan stojąc na jednej nodze na skale, na tle błękitnego morza, żongluje kotletami, podśpiewując sobie przy tym po hawajsku.

Kolejny zaś kucharz, w innym programie, tym razem Chińczyk, stojąc na desce surfingowej w lesie, na śniegu, smaży kalmary. Jestem typowym homo telewizorus – pracuję w domu i bardzo często pozwalam telewizorowi, żeby do mnie mówił. Ale kiedy dość mam już politycznego jazgotu i innych mocno denerwujących treści, przełączam na owo gotowanie. I wtedy, cóż za ulga, zamiast słów jak noże prawdziwy ostry nóż, którym jakiś pan niesłychanie sprawnie i spokojnie kroi sobie cebulkę albo obiera ze skóry pomidorki…

A ja przyglądam się temu i wyraźnie widzę, bo trochę się na tym znam, a kamera jest bezlitosna, kto jest fachowcem, a kto zwykłym tylko obżartuchem. Gotuje się już wszędzie i gotuje każdy, choćby nie umiał i nie lubił – wystarczy, że tylko lubi jeść.

Moją specjalną sympatię budzi pewna angielska lady, która uwielbia mieszać w misce z jakąś mięsną breją rękami z bardzo długimi czerwonymi paznokciami albo wyjadać gotujący się makaron z garnka, posyłając nam przy tym nieustannie uśmiech lalki Barbie. Trochę mi za nią wstyd i myślę sobie, że gdyby tak większość z nas musiała codziennie po pracy zadbać o posiłek dla przynajmniej czterech osób, to sprawiłaby sobie gumowe rękawiczki, no i jakąś łyżkę…

Dzisiaj, kiedy zawartość sklepowych półek pozwala przynajmniej niektórym z nas na nieustanne niedzielne obiady, powszedniość niebezpiecznie zbliżyła się do odświętności, a odświętność spowszedniała. Zawsze byłam zdania, że człowiek zrobi wszystko, co tylko zrobić mu wolno w każdej dziedzinie, i nie zatrzyma go ani rozsądek, ani przyzwoitość, ani dobry smak.

Przepiękną czynność przygotowywania posiłku także potrafi zamienić w groteskową i obrzydliwą kuchenną pornografi . A we mnie budzi to lęk. Coś podświadomie mi mówi, że przesadzamy, że tak nie można, że to się źle skończy…

Była już taka rozpusta w starożytnym Rzymie, była w baroku. Przed II wojną światową szampan lał się strumieniami, a gdy „Titanic” tonął, to też orkiestra grała… Odkąd ludzkość pamięta, posiłek był czymś więcej niż tylko zaspokajaniem głodu, był rytuałem, nieraz najważniejszym. Był zawsze momentem wypoczynku, uspokojenia, uświadomieniem sobie własnego istnienia – jem, więc żyję. Jestem.

Razem z posiłkiem przyjmuję ten świat za własny. Każdy z nas potrafi przypomnieć sobie momenty w swoim życiu, kiedy wpajano mu, że pokarmu nie należy ani lekceważyć, ani marnować. W większości rodzin dzieci uczą się szacunku do jedzenia – zdobywanego z większym lub mniejszym trudem. Dawniej, oczywiście, z większym.

Ja sama, dorastająca na emigracji, miałam chwile, kiedy musiałam wybierać: czy kupić trochę szynki, czy dwa banany, a może wystarczy mi tylko na jogurt? I nie było to wcale tak dawno temu. Ale z biegiem lat swoista rewolucja kulturowa w kuchni nie ominęła także i mnie. Dawno już nauczyłam się, że nie je się ravioli z puszki, niegdyś ukochanego przysmaku mojego dziecka, że jak pieprz, to tylko świeżo mielony, kawa wyłącznie arabica, czosnek gnieciony w moździerzu, sałata rwana, a nie krojona.

Kiedyś moja mama robiła dla gości takie naiwne muchomorki z pomidorów i napełniała je sałatką jarzynową. A teraz pewnie robiłaby sushi. Jestem, ponieważ jestem podobny do innych. Trochę mi jednak smutno, kiedy to piszę, bo lubię jeść, gotować i rozmawiać o jedzeniu. Wszyscy się wtedy bawimy, eksperymentujemy, uczymy się siebie nawzajem. Są w takich rozmowach oparcie i łatwa pociecha, tak czasem każdemu potrzebna.

Właśnie dzwonił Romek, przyjaciel ze Szczecina. „To jak ty robisz ten winegret?”. „Z miodem, Romeczku, z miodem i oregano”, odpowiadam. Ale jednocześnie uporczywie słyszę taką piosenkę Osieckiej: „Idą sierpnie i wrześnie, a my jeszcze i jeszcze, po co nam to, na co nam to (…) przecież to nie my, to nie my (…) utoniemy (…) toniemy”.

Roma Ligocka

PANI 10/2010

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje