Przejdź na stronę główną Interia.pl

Efekt ja-ja

Jest całkiem możliwe, droga Czytelniczko, że rzuciłaś już dziś okiem na jakiegoś bloga, prawdopodobne też, że znasz osobiscie kogoś, kto bloga prowadzi.

Jest również absolutnie pewne, że wkrótce sama zaczniesz to robić. I to mimo wygłaszanych wcześniej uwag w rodzaju: "Jak można tak się obnażać w Internecie", "Po co ludzie piszą, co jedli na obiad, czy to takie ciekawe?" oraz "Nie mam czasu na podobne głupoty".

Reklama

Stanie się tak z tego samego powodu, dla którego laureat literackiego Nobla V.S. Naipaul nie tylko zgodził się na publikację swej kontrowersyjnej biografii, ale jeszcze dostarczył do niej materiał o tym, jak zdradzał żonę, jak dręczył kochankę, jak gardził wszystkimi i że żonę dosłownie niemal wpędził do grobu.

Zaczniecie prowadzić bloga, bowiem i was dopadnie efekt "ja-ja".

W przeciwieństwie do efektu jo-jo efektem "ja-ja" można się zarazić. Nosicielami choroby są ludzie, którzy nieustannie odczuwają potrzebę mówienia o sobie. Brzmi to mniej więcej tak: "Co u ciebie, bo ja muszę ci powiedzieć, że ja, bo ja i wtedy ja, ale ja...". Wkrótce po kontakcie z kimś takim (nawet krótkotrwałym) sami odczujemy potrzebę opowiedzenia komuś o sobie i nim minie doba, z ofiary staniemy się drapieżcą: dorwiemy jakiegoś nieszczęśnika, westchniemy, jak bardzo zmordował nas ten nudziarz, który ciągle mówił tylko o sobie, a potem już pójdzie: "bo ja, ja nigdy, mnie się podoba, ale ja...". Co mają do tego blogi? Nie dalej jak przed dwoma tygodniami do Alteregi zadzwonił pewien dziennikarz z prośbą o wypowiedź na temat blogów. - Internetowe pamiętniki - powiedział - to najbardziej jaskrawy przykład ekshibicjonizmu, narcyzm w megaskali i w ogóle dziwactwo, które jest znakiem naszych czasów, bo kiedyś przecież tak nie było.

Hm... Gdyby pozbierać do kupy wszystkie te "kiedyś tak nie było", okazałoby się, że człowiek pojawił się na Ziemi dopiero w dwudziestym wieku. Prawda - dziś nie trzeba nawet słuchać ze zrozumieniem radia, a by zabawiać towarzystwo długą przemową, wystarczy mieć nieudany seks, szefa, ewentualnie grzybicę. Granice tego, co intymne, przesunęły się tak bardzo, że dziś mało kto wie, co to w ogóle znaczy "intymne". Ale żeby tylko: jeśli na imprezie trzydziestoletni mężczyzna zaciągnie cię w kąt, masz więcej niż pięćdziesiąt procent szans, że zamiast mówić o twoich oczach, opowie o swojej próbie wątrobowej. Istotnie, tu dziennikarz miałby rację: niegdyś, żeby przetrwać większe spotkanie, należało się wystrzegać jedynie ciotek ("mówią, że to zwężenie aorty"), hobbystów ("opowiem ci o węgorzu, ale kolekcjonuję też znaczki") oraz filmowców ("i wtedy Bronek zapił, Jaś zapił i ja zapiłem").

Dziś każdy jest gotów zanudzić cię samym sobą, albowiem każdy uważa się za jedynego w swoim rodzaju. Trudno jednak przyjąć, że zmieniła się jakoś istota narcyzmu. W obejmujących lata 1927-1969 dziennikach Anny Kowalskiej, przyjaciółki ukochanej pisarki Marii Dąbrowskiej, roi się od komentarzy w rodzaju: "Spotkałam się z S. Jak zwykle mówił tylko o sobie" albo "Wszystkie anegdoty, które W. opowiadał, prowadziły do niego samego". Nic jednak nie przebije wizyty autorki u pisarza Wojciecha Żukrowskiego. Na miejscu okazało się, że nie będzie to spotkanie towarzyskie sensu stricto, ale wieczór literacki - gospodarz odczyta zebranym swój nowy scenariusz. W trakcie lektury Anna Kowalska zasłabła i - jak sama pisze - uratowało ją to od dalszego słuchania, ale Wojciecha Żukrowskiego nie zraziło. Jeszcze w samochodzie, gdy odwoził Kowalską do domu, przypominał jej o kolejnym spotkaniu, bo przecież nie przeczytał do końca. Czy słuchanie scenariusza jest gorsze od słuchania o cellulicie? Scenariusz może mieć i dwieście stron, a nawet najgorszy cellulit kończy się w okolicach łydek!

W każdym razie wiadomo, skąd wzięły się grupy literackie

Może kogoś zastanawiało, co robili ci wszyscy skamandryci, o których uczyliśmy się w szkole. Oni czytali sobie nawzajem swoje dzieła, a nikt spoza grupy przecież nie zniesie tego, by wysłuchać bez słowa skargi całego scenariusza. Chyba że utrzymuje go przy życiu myśl, że za tydzień się zrewanżuje, odczyta swój 200-stronicowy poemat i nikt nawet nie drgnie. (V.S. Naipaul obył się bez grupy, wszystko odczytywał żonie, która musiała to potem przepisać na czysto i wiemy, jak to się skończyło). Więc jak się to ma do blogów? Zebrawszy w sobie cały zapas humoru, Alterega odpisała dziennikarzowi, że internetowe pamiętniki wcale nie są dziełem narcyzów, piszą je raczej ich ofiary, czyli ludzie, którzy ?nie mogą znaleźć nikogo, kto by ich samych wysłuchał.

Więcej. Blog to najbardziej humanitarna forma słownej przemocy, bowiem zawsze można wymienić jeden portal z blogami na inny, a kolegi, który na papierosie opowiada nam o bólu w karku i zastawia drzwi, już nie. Ponadto blog jest wspaniałym lekarstwem na efekt "ja-ja", bowiem jego autorzy, zapisawszy już, co mieli zapisać, gotowi są nawet wysłuchać innych. Już się przecież zwierzyli. Wyobraźmy sobie, jakim rajem musi być spotkanie blogerów: komentatorka polityczna Kataryna milczy, bo już napisała, co myśli o Tusku, reszta milczy, bo już przeczytała - tajemnice nowych zasłon, dietetycznych obiadów i kiepskiej nocy dawno już ujawnione nie wzbudzają żadnej dyskusji. Piękny blondyn, który cierpi na jakieś bóle w krzyżu i wczoraj miał atak, po prostu sobie stoi pod oknem i milczy uspokojony, że każdy wie, iż zażył wieczorem solpadeinę. Salę wypełnia piękna, zachęcająca cisza, która aż się prosi, by ją wypełnić sobą.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje