Zamek hand made
Osioł stał dziś przed wejściem i najwyraźniej na coś czekał. Prawdopodobnie na marchewkę, w końcu na szyi dyndała mu karteczka, że lubi „carottes", no i że nazywa się Mardi.
Ładnie – uznałem. Mardi, czyli wtorek. Zupełnie jak mój pies. Ale on został w Polsce, a ja byłem we Francji, Mardi chyba sam się przeparkował. Jeszcze wczoraj dumał nad basenem. – No to cześć – machnąłem ręką. Spojrzał na mnie z namysłem. Nie bardzo wiedziałem, co dalej.
Obejrzałem się za siebie. Zamek stał w całej swojej rozpadającej się okazałości. Był różowy różowością dziewiętnastowiecznych pasteli, a nie krzykliwej Hany Montany. Nie, nie był piękny, nie był powalający. Był po prostu fajny swoją nieoczywistą urodą, łuszczącymi się okiennicami, podjazdem trochę z kamienia, trochę z betonu. Dziwacznie eklektycznym wnętrzem, w którym naturalnej wielkości dalmatyńczyk z plastiku sąsiadował z romańską rzeźbą.
Guy, facet, który tym wszystkim zarządzał, oderwał się na chwilę od pieczenia chleba. Piekł naraz kilkanaście wielkich bochenków w olbrzymim piecu przed wejściem. Nad piecem widniał równoramienny krzyż templariuszy wykuty w kamieniu. W dachu ziała dziura załatana inną dachówką. Nawet pasowała.
Guya pomyliłem z posługaczem. Siwy, z niepokojąco błękitnymi oczami, w wiecznie wysmarowanym fartuchu kursował między piecem chlebowym a kuchnią, skąd donosił kolejne talerze dużej grupie ucztującej przy stole. Wyciągnął kolejne bochny, zaprowadził nas do wieży i pobieżnie pokazał apartament. Tutaj kilkusetletni kominek, tutaj stolik zrobiony z blatu postawionego na nieczynnej kuchence mikrofalowej, a tu lampa ze starej laski i przedwojennej firanki. „Hand made”, pomyślałem i zapytałem o klucz. Bezradnie wzruszył ramionami i pokazał na drzwi. Wyglądały na starsze od zamku, widziałem takie w jakimś muzeum w kraju.
– Jest haczyk – przypomniał sobie i wyciągnął jak magik z fartucha haczyk z Castoramy, i przybił do drzwi. – Gotowe. Można zamknąć. Otworzyłem okno, też chyba przedwojenne. Gdzieś daleko pod horyzontem zapalały się światła miasteczka, o którym usłyszałem dzisiaj pierwszy raz w życiu. Na targu staroci kupiłem kilka starych gazet za kilka centów.
Przedwojenny „L’Illustration” donosił o wielkiej wystawie w Norymberdze, na której Niemcy fetowały Jana Sobieskiego – ocalił Europę przed Kara Mustafą – oraz Piłsudskiego, który ocalił ją po raz drugi, tym razem przed bolszewikami. Adolf Hitler wygłosił na otwarciu wystawy mowę, w której powiedział, że nigdy jeszcze tych dwóch narodów nie łączyły tak bliskie więzy. Do wybuchu wojny został rok. Pomyślałem, że to dobry temat, nie wiedziałem jeszcze na co. Obok piętrzyły się stosy zadziwiających przedmiotów. Ktoś sprzedawał kolekcje nocników, inny stare lalki podzielone epokami.
Doskoczył do mnie, kiedy podniosłem jedną, która mogłaby grać w horrorze. Wielkooka, z uśmiechem zastygłym w grymasie, z wyliniałymi włosami. – Są ułożone epokami – wytłumaczył właściciel. – Proszę powiedzieć, który rok pana interesuje, to podam. – 1966 – zaryzykowałem i dostałem małą murzyneczkę w perkalowej wściekle kolorowej sukieneczce. Dalej leżały stosy widelców, maszyn do szycia, szklaneczek do pastis, luster, poroży jelenich, kalendarzy z 1923 r., pudełek na cukierki z uśmiechniętymi przedwojennymi dziećmi.
Gdybym tylko miał taki zamek, wyposażyłbym go na tym jarmarku. Przed wejściem na targ zaczepił mnie żebrak. Długie włosy i broda, uśmiechał się trochę jak Korsykanin, którego pamiętałem z innego zamku, rok wcześniej. Tamten zamek też był hand made, miał tysiąc lat i wciąż nowe pokoje, które odkrywaliśmy jeszcze przez kilka dni po tym, gdy hrabina Tolstoi (tak, z tych Tolstoiów) dała nam klucze. Wyjaśniła pokrótce, gdzie włącza się wodę, którą mamy podlewać ogród, i zostawiła nas sam na sam z zamkiem.
W bocznym skrzydle odkryłem ponurego Korsykanina strugającego wielkim nożem jakiś pal. Hrabina, „wydzwoniona” w lekkiej panice, wyjaśniła, że zapomniała powiedzieć o Korsykaninie. Rzeczywiście, François mieszka w bocznym skrzydle. Robi wino, kiedyś je sprzedawano, teraz to tylko kilka tysięcy butelek na własne potrzeby. Chyba nam nie będzie przeszkadzał? Nie skąd, też był fajny, choć nic nie mówił i patrzył z ukosa. Dałem żebrakowi euro do kubeczka.
Wróciliśmy do zamku z łupami, które jak zwykle lepiej prezentowały się na targu niż rozłożone na gazecie i zawiezione do Polski. W Polsce wyglądały na bałagan, a tu były na swoim miejscu. Przed zamkiem nie było już osła, stała za to para Hindusów. Kontemplowali jaszczurkę mknącą po ścianie, z której odpadał tynk. Ukłonili się. Na pływalni zainstalowała się rodzina Cyganów. Para w naszym wieku całowała się na leżaku, ciekaw byłem, co znaczą ich tatuaże. Ich dzieci skakały do basenu.
Dorośli brali piwo z lodówki; butelki odkreślało się kozikiem na belce. Wziąłem kronenbourga i zrobiłem nacięcie. Pływalnia też była hand made. Trochę betonu, trochę desek i płytki. Guy chyba sam je kładł i chyba nie potrafił ich ciąć. Ale i tak tajemniczo do siebie pasowały. Mardi zawył za płotem i przypomniałem sobie o marchewce. Skoczyłem do wioski po marchewkę, bo Mardi chodził za mną i ryczał. W barze zauważyłem tego żebraka. Uzbierał już, siedział na krzesełku pod platanem z anyżówką na stoliku i zaciągał się gitanem. Kupiłem marchewkę i usiadłem stolik dalej. Podniósł szklankę w toaście. Wspominałem już, że uwielbiam Francję?
Leszek K. Talko
Twój STYL 9/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli