Trzeba było być przy Nim te 25 lat,żeby móc komentować!
Ręce opadają...
Gdy wyszedł na scenę, oczekiwałem już tylko katastrofy. Wcześniej przeglądałem wiadomości, to było jedno zdanie bardzo drobnym druczkiem i właściwie nie wiem, dlaczego akurat zwróciłem na nie uwagę.
Sucha informacja niesiląca się nawet na to, by być reklamą. Wystąpi w sobotę, o godzinie 21, dalej jakiś nic niemówiący mi adres w X dzielnicy Paryża. Zapytałem żony, czy nie chciałaby tego zobaczyć. Otworzyła szeroko oczy. - Jego? Ale serio? Co za pytanie! Lata 80. Lista przebojów Trójki i my zastygli przy odbiornikach. Jakiś wieczór, kiedy Trójka puściła całą płytę.
Marillion. Misplaced Childhood. I piosenka, którą pamiętam do dziś. Wszyscy ją pamiętają. To znaczy wszyscy, którzy w latach 80. słuchali radia. Kayleigh. I facet, który to śpiewał. Fish. Młody, gniewny, przystojny, charyzmatyczny jak stąd do Buenos Aires. Fish, czyli Ryba. Podobno dlatego, że uwielbiał wylegiwać się w wannie, ale nie wiem tego na pewno. Zrobił błyskotliwą karierę od chłopca na posyłki, który obsługiwał pompę na stacji benzynowej i tankował do pełna klientom gdzieś na stacji pod Edynburgiem.
Płyty sypały się jedna po drugiej, aż gdzieś w końcu lat 80. zamilkł. Marillion jeszcze coś wydawał, ale frontman był już inny. A Fish? Nie miałem naprawdę pojęcia. Podobno pożarł się z resztą zespołu. Podobno zespół, oszołomiony sukcesem, chciał wykorzystać swoje pięć minut, najął przebojowego menedżera, który załatwił masę kontraktów płytowych i serię koncertów, bo był opłacany od zarobków zespołu i chciał, by te były jak najwyższe.
Fish postawił wtedy wszystko na jedną kartę i kazał kumplom z zespołu wybrać: albo on, albo menedżer. Wybrali menedżera. A Fish zniknął.
Wysiedliśmy na stacji Château d'Eau. To piękna nazwa i złe miejsce: Wodny Zamek. Na powierzchnię wyniosła nas fala miejscowych. Wyglądało to wszystko jak prowincjonalne miasto w Afryce. Na chodnikach siedzieli czarni starcy, czarne staruszki dźwigały worki manioku, czarne piękności tłoczyły się w zakładach fryzjerskich, których mnogość przyprawiała o zawrót głowy.
Sala koncertowa była kilka numerów dalej, z wejściem wciśniętym między biuro turystyczne zachwalające bilety do Dakaru a przedsiębiorstwo "eksport import towary różne", które wystawiło na zakurzoną wystawę dwie drewniane skrzynki z nieznaną zawartością, tablicę z nazwą miasta w Afryce Zachodniej, o którym słyszałem pierwszy raz w życiu, i przewrócony wazon.
Przed kolejnym salonem stały dwie posągowe piękności w platynowych perukach. Jedna wyciągnęła papierosa i spojrzała na mnie pytająco spod rzęs, które były dłuższe niż moje włosy. Rozłożyłem bezradnie ręce, a ona wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do faceta w garniturze za mną, który wyciągnął zapalniczkę i pociągnął ją w mrok bramy.
- Ale się wpakowaliśmy - westchnąłem, patrząc na to wszystko. Potężny czarny ochroniarz zlustrował nas wzrokiem, starannie podarł bilety i machnął ręką, że możemy wchodzić. Salka oświetlona kilkoma małymi neonami wyglądała jak bar dla ślepców. Malutkie stoliczki z krzesełkami, na których stawiało się piwo wywalczone w barze. Może sto osób, sto pięćdziesiąt. Gadali cicho, w ciemności czasami łowiłem czyjeś spojrzenie.
Scenka była mała, produkowały się na niej dwie młode dziewczyny, śpiewając coś, co nawet nie wiedziałem, do jakiego gatunku zaliczyć. Bawiły się świetnie, w pewnym momencie jedna położyła się na scenie i zaczęła coś czytać, a druga grała. Fish wyszedł po kilkunastu minutach. Przypominał mi mojego dziadka, choć był zaledwie kilka lat starszy ode mnie. Wielki, łysy, tylko na skroniach sterczały mu siwe włosy. Trochę za ciasny T-shirt z Che Guevarą raczej uwydatniał, niż ukrywał brzuch niemieszczący się w spodniach. Wyglądał jak swoja własna karykatura.
Przypomniałem sobie teledysk sprzed 20 lat, na którym wydawał się natchnionym szczupłym aniołem z burzą włosów, i z niedowierzaniem popatrzyłem na faceta na scenie. Ktoś zaklaskał, inny chrząknął też zdumiony tym, co zobaczył. "To pomyłka", pomyślałem. Upadły gwiazdor grający na zadupiu, stary nieszczęśliwy człowiek, który kiedyś był wielki, a potem upadł, już nie wstał i gra jakieś ogony.
- To co, zaczynamy - powiedział grubas na scenie i roześmiał się chrapliwie. I pomyślałem jeszcze raz, że się wpakowaliśmy. A potem zaczął śpiewać. Wyszło za nim jeszcze dwóch starszych panów, tyle że chudszych. Jeden przyniósł dwie butelki wina. Fish nalał sobie kieliszek, spróbował. Smakowało mu. Gitarzysta, na oko 70-letni, też sobie nalał i pokiwał z uznaniem głową. Wyluzowany Fish śpiewał, żartował, potem szedł dolać sobie wina i poczęstować przyjaciół. W przerwach trochę opowiadał. Że jest za alterglobalizmem. Że ma tę samą żonę co 25 lat temu, że jest szczęśliwy.
Mieszka sobie w małym domku, pisze wiersze, wystarcza mu na jedzenie i butelkę wina i nie żałuje tego, że lata temu postawił sprawę na ostrzu noża i nie zgodził się na koncerty za tysiące dolarów. Lubi pograć czasem tak jak teraz, dla przyjaciół, i nie wyobraża sobie, że można mieć inne życie.
Siedział tak sobie w tej piwnicy i grał dla stu osób pogodzony ze sobą, życiem i własnym brzuchem. Absolutnie szczęśliwy z kieliszkiem wina w murzyńskiej dzielnicy pełnej sztucznych platynowych peruk.
Leszek K. Talko
Twój STYL 7/2011
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli