Panamsko
Wpatrywałem się w ekran i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. I nie, to wcale nie był program informacyjny i nie był to kolejny mecz reprezentacji Polski rozgramianej przez mało znany zespół z Afryki.
To był program o nieruchomościach. „Transakcje za milion dolarów”, trzech pośredników i emocje jak w dobrym kryminale. Patrzyłem jak zaczarowany, jak sprzedają domy. Czy może być coś nudniejszego od sprzedawania domów?
Pewnie może, ale trudno to sobie wyobrazić. Cóż, miałem przecież doświadczenia. Sprzedawałem dwa mieszkania, kupowałem dom i spotkałem chyba połowę agentów w Warszawie. Na przykład ten bez przednich zębów, ale z ważną licencją, który tak bardzo namawiał mnie, żebym zlecił mu wyłączną sprzedaż swojego mieszkania. Pal licho jego zęby, a właściwie ich brak. Może napadł go inny zazdrosny agent i mu je wybił?
Moje podejrzenie budził raczej nacisk, który kładł na panamskich inwestorów. Właśnie mieli przyjechać do Warszawy w poszukiwaniu mieszkań, traf chciał kubek w kubek podobnych do tego, które chciałem sprzedać. Bezzębny agent zrobił jednak błąd – chciał zrobić dwa interesy i nim jeszcze sprzedał moje mieszkanie do Panamy, zaczął namawiać na świetną lokatę.
Taka lokata to kupno lokalu w miejscu, które wkrótce stanie się modne, a ceny nieruchomości wybuchną niczym wulkan i w odróżnieniu od wulkanu nie opadną już nigdy. Tym utajnionym miejscem okazała się Panama. Dlaczego Panama, nie chciał wyjaśnić. Może było szkoda, by mieszkania inwestorów, którzy przyjechali robić u nas interesy, stały tam puste? – To jest pan zainteresowany? – pytał niecierpliwie agent i odszedł wyraźnie zawiedziony, kiedy po wewnętrznej walce powiedziałem dwa razy nie.
Tym bardziej mnie wzięło oglądanie perypetii pośredników z Los Angeles. Jeden zamawiał cały katering z luksusowego hotelu, by gościom na dniu otwartym było miło. Sam tort kosztował prawie tysiąc dolarów. Kelnerzy we frakach witali wchodzących i częstowali szampanem.
A drugi amerykański agent jeszcze go przebił. Zastanawiając się, co zrobić, by dom zapadł w pamięć potencjalnych klientów, sprowadził dwa łabędzie, które przyjechały furgonetką w specjalnie zaprojektowanych dla nich pojemnikach. Z tymi łabędziami to przesadził. Przecież jest tyle łatwiejszych sposobów na zapadnięcie w pamięć. Choćby ten agent, który przyszedł z dwoma panami z teczkami.
Pierwszy pan zamiast pytać, ile wynosi czynsz, pytał, czy wiem, kim jest. Zgodnie z prawdą twierdziłem, że nie mam najmniejszego pojęcia. Wtedy zdziwił się: naprawdę pan nie wie, kim ja jestem? Daję słowo, że nie był to Daniel Olbrychski, Kuba Wojewódzki ani nikt, kogo powinienem znać. Jego kolega, w podobnym prochowcu i z identyczną teczką, również nie był zainteresowany powierzchnią mieszkania ani rodzajem klepki. Złapał mnie za guzik, gdy tylko wyrwałem się temu pierwszemu, i sycząc, pytał, czy zgodzę się oddać mu mieszkanie za to, co ma w teczce.
– Nie mam pojęcia, co ma pan w teczce – jęknąłem za trzecim razem. – No tak – stropił się i wysyczał mi do ucha kwotę w gotówce, która choć pokaźna, nie sięgała jednak nawet połowy ceny, którą chciałem uzyskać. – Nie – odparłem. – Ale czemu? – zdumiał się. – Bo nie – powiedziałem po zastanowieniu. – Ale może... – spróbował. – Nie – przeciąłem. – A pan wie, kim jestem? – przypomniał o sobie pierwszy. – Dalej nie mam pojęcia – odparłem. – Wie pan, ja nie potrzebuję żadnej umowy, notariusza... – kusił drugi. – Daję teczkę i już. – Nie, jednak dziękuję, choć to kuszące – uśmiechnąłem się.
Trzeci pośrednik z Los Angeles zmagał się tymczasem z rezydencją, która choć przyjemna dla oka, to jednak umeblowana była w stylu agresywnym. Właściciele zafascynowani Marokiem pomalowali willę w kolory ochry i błękitu, a na podłogę położyli marokańskie płytki. – Ładne, ale nie każdemu będzie się podobać – stwierdził agent i wszystko skuł. Nie sam, miał swoją ekipę, która w błyskawicznym tempie i na jego koszt wymalowała ściany na bezpieczne écru, a na podłogach ułożyła drewnianą klepkę, elegancką, ale nieprzykuwającą wzroku.
Przypomniał mi się agent, którego zapytałem, czy nie zna mieszkania w starej kamienicy na Powiślu. Zawiózł mnie do nowego bloku na Ursynowie. – Łazienka, proszę pana, to podstawa – obwieścił z dumą i wprowadził mnie do sali – sala to dobre określenie – wyłożonej czymś, co było podobno czarnym marmurem sprowadzonym bezpośrednio z Australii. Ale oczywiście tym, co miało mnie skusić, były kurki do wody wykonane z czegoś tak rzadkiego, że nawet nie potrafię wymówić nazwy.
– I co pan na to, ha! – zapytał agent. – No a co z tym Powiślem? – zapytałem. – Jakim Powiślem? Bierzesz pan? – zniecierpliwił się agent. – Za wyposażenie trzeba będzie dopłacić. Miałem kilka pomysłów. Pierwszy był taki, że zrobię reality show o polskich pośrednikach sprzedaży i sprzedam go do Ameryki. Nikt nie uwierzy w ich perypetie, ale wszyscy będą chcieli obejrzeć.
Drugi był śmielszy: sam założę agencję pośrednictwa. Odróżnię się od innych tym, że będę miał zdjęcia i będę potrafił powiedzieć, co widzi się z okna mieszkania, które sprzedaję. Skończyło się na tym, że przyjechał z zagranicy znajomy i był pod wrażeniem, że jest już europejsko. Ha, szukał mieszkania, takiego z widokiem na drzewa, umeblowanego kolonialnie, w starym budynku. Dałem mu namiar na tę agencję od Panamy. To mu pokaże, że jest nie tylko europejsko, ale nawet panamsko.
Leszek K. Talko
Twój STYL 8/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Szczęśliwe dzieciństwo w żadnej mierze nie zależy od... więcej












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli