Opcje na życie
Zmęczenie, praca, monotonia, nie będę zanudzał, kilka dni temu wpadliśmy na to, że potrzebny nam Paryż. Dzieci do dziadków, praca ad acta, my na Montmartre. Kupujemy bilet i lecimy.
Zaraz, zaraz. Bilet? Kiedy na ekranie komputera zaczęły wyświetlać się 134 opcje dolotu do Paryża, zrozumiałem, że naprawdę dawno nigdzie nie wylatywaliśmy. Najbardziej fantastyczna opcja dolotu wiodła przez Tanger, trwała dwa dni, przewidywała cztery przesiadki i kosztowała ponad 20 tys. złotych.
Cztery przesiadki? Kuszące, ale nie, kliknąłem w opcję loty bezpośrednie. Tych było 17. Cena... i tu się zaczęło. Cena wynosiła 1400 złotych u jednego przewoźnika i 1450 u drugiego. Jeden kłopot z głowy, pomyślałem. Wieczorem usiadłem, żeby kupić bilety. Kliknąłem w te pierwsze. Dwa bilety: 2900 złotych. Jakim cudem? Spróbowałem tych drugich: 2300 złotych.
Coś się stało? Podwyżka, bo przed chwilą wybuchła wojna w Arabii Saudyjskiej? Złoża ropy się skończyły? W wiadomościach nic o tym nie było. Może sprawdzę jeszcze inne możliwości. Rzeczywiście są, dwa bilety za 1000 złotych. Jakiś podstęp? No jasne. Cena bez podatku, bagażu, posiłku. Być może to miejsca stojące, nie żartuję, jedna z linii lotniczych zastanawia się nad miejscami stojącymi. Cena miejsca siedzącego, z bagażem wynosi 2200 złotych, chyba że chciałbym lecieć w środę wieczorem, a wracać w niedzielę o 3 rano - wtedy zapłacę tylko 1000 złotych. Nie, jednak nie chciałbym. Chciałbym lecieć w sobotę i wrócić też w sobotę, i mieć z sobą walizkę.
A może chciałbym lecieć 13 października, a wrócić po 1 listopada? Wtedy zapłacę tylko 10 złotych. Nie, też nie chciałbym. Chciałbym lecieć w sobotę. W takim razie mają dla mnie ofertę. Ważną tylko dziś wieczorem. Dwa bilety w specjalnej cenie 1400 złotych. Biorę czy nie? Jasne, że biorę, klikam, wypełniam, rezerwuję... I dostaję komunikat: "cena biletu zmieniła się. Nie wynosi już 1400 zł, ale 1400 złotych. Czy akceptujesz zmianę?". Tak, akceptuję. "Wybrano brak akceptacji", informuje komunikat. "Chcesz zacząć od początku?"
Zaczynam od początku. "Cena biletu zmieniła się, nie wynosi już 1400 zł, ale 1400 złotych", informuje komunikat. "Chcesz lecieć w czwartek? Cena wynosi 3300 złotych". Nie, nie chcę. "Chcesz skontaktować się z biurem obsługi klienta, płatne jedno euro za minutę?" Chcę. Rozmowa trwa tylko kilkanaście minut. Konsultant wyjaśnia, że ceny biletów są u nich dynamiczne i wciąż się zmieniają. Kupuję dwa bilety za 1500 złotych. Niezły deal, bo cena w moim komputerze znowu się zmieniła i wynosi teraz 1900 złotych. Jestem wniebowzięty, jakbym sam upolował tygrysa.
Załatwiam to od poniedziałku, a dziś dopiero czwartek. Co mam jeszcze zrobić? Ubezpieczyć samochód. Cena wynosi 1500, 1600 albo 4500 złotych, a ofert jest 37. W tej za 1500 ubezpieczają samochód z wyjątkiem szyb, kół, silnika i zderzenia ze zwierzęciem. W tej za 1600 z wyjątkiem zdarzenia losowego, kradzieży spowodowanej przez osoby trzecie, a w tym za 4500 zł od wszystkiego z wyjątkiem uderzenia pioruna.
Jeśli wykupię dziś i zapłacę za dwa lata, to będzie mnie kosztować tylko 3500 zł razy dwa, ale jeśli dodam rekompensatę udziału własnego i wykupię za tydzień, kiedy zacznie się promocja, to 4800 za rok. Dobra, zostawiam to na boku, nic nie rozumiem. Co dalej? Jasne, abonament komórki. Mam wykupione rozmowy ulgowe do trzech znajomych, ale z jednym już się nie przyjaźnię, z drugim rozmawiam wtedy, kiedy on przyjedzie do mnie albo ja do niego, a trzeciego numeru nie rozpoznaję. Wymienić ich więc na trzy inne osoby? A może dopłacić 50 złotych, żeby rozmawiać taniej ze wszystkimi?
I całkiem bym zapomniał. Może chcę zjeść kolację wartą 100 złotych za jedyne 39 złotych? Brzmi dobrze, pewnie, że chcę. Załatwione. Aha, oczywiście kolacja podlega pewnym warunkom. Po pierwsze załapią się na nią tylko ci, którzy dodzwonią się jako pierwsi w każdy poniedziałek od godziny 10 pod podany numer. Po drugie nie mam wpływu na dzień, godzinę, miejsce ani menu. - Sobota? Wykluczone. Co pan powie na środę, godz. 16. - Kolacja? - Tak, wczesna kolacja. Później nie mamy już miejsc - wyjaśnia pani.
Idziemy na tę kolację z żoną, która zupełnie nie rozumie, dlaczego ona nie jest wieczorem i o co tu chodzi. Opowiadam jej o biletach, ubezpieczeniach i zniżkowych kolacjach. - Ty to opisz - mówi mi. - To jakieś szaleństwo. Nikt w to nie uwierzy. W sobotę wpadają nasi znajomi, opowiadam im przy okazji, że świat oszalał i piszę o tym tekst. - To idiotyczne - tłumaczę. - Dlaczego nie mogę pójść i po prostu kupić biletu, którego cena nie zmienia się co godzina? Albo ubezpieczenia, które po prostu ubezpiecza: droższy samochód za więcej, a tańszy za mniej? Taryfy telefonicznej, w której minuta kosztuje 30 albo 40 groszy i już?
Gdybym załatwiał te sprawy 50 lat temu, zajęłoby mi to pół dnia, nawet gdybym musiał jechać do miasta powozem. Co za kretyn to wymyśla? Wszyscy zamilkli i wtedy się zorientowałem. Anka jest przecież menedżerem turystycznym, Jurek brokerem ubezpieczeniowym, a Maciek opowiadał mi kiedyś, że dostał awans i podwyżkę, gdy opracowywał strategię pricingu biletów lotniczych. Nic z tego nie zrozumiałem prócz tego, że spędził kilka miesięcy na komplikowaniu cen i że dzięki podwyżce stać go będzie na kredyt na mieszkanie.
Obiecał mu go załatwić Artur, który doradza strategię wyboru najlepszego kredytu z 67 dostępnych na rynku. Oni wszyscy z tego żyją, a ja idiota jeden... - A znacie taki dowcip... - zmieniam temat bez złudzeń, że mi to zapomną. Ale cóż, lecę w sobotę. I wracam też w sobotę.
Leszek K. Talko
Twój STYL 6/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (2)
-
24.06.2011 (13:26)Uśmiałam się nad zdaniem, że 50 lat temu było łatwiej...a paszport to pies?? A wiza? A UB? Bez przesady. Ale jak już będziemy w tym wymarzonym Paryżu to proponuję wesprzeć się dobrymi radami z ostatniego letniego Fasion Magazine. Na 147 stronie jest poradnik, z którego wynika gdzie można i co trzeba zobaczyć. Champs Elysees, Le Marais, Avenue Montaigne...
-
14.06.2011 (16:27)Święta prawda! Przerabialiśmy to wiele razy. To koszmar, jak naprawdę musisz coś załatwić.
-














Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli