Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nic pewnego

Przeczytałem, że mieszkania są teraz najtańsze i tańsze już nie będą - zadumał się kumpel. - A ty jak myślisz? Czytałeś?

Takie rozmowy zawsze muszą wyniknąć nad grillem. No więc czytałem. A co sądzę? Powiedziałem, że nie mam pojęcia, ale pewnie jakiś deweloper bardzo chce sprzedać mieszkania, a jakiś dziennikarz bardzo tego dewelopera lubi.

Reklama

Potem rozmowa zeszła na korporacje i wykłady biznesowe. Otóż ostatnio odbył się w luksusowym hotelu wykład pewnego guru biznesowego o tym, że pieniądze to nie wszystko. Liczy się więź z firmą i współpracownikami i frajda z pracy.

Zrewanżowałem się opowieścią o kleszczu, który użarł mnie jakiś czas temu. Wbił mi się w nogę, która po kilku dniach trochę spuchła. Poszedłem do lekarza, oczywiście prywatnie, bo w państwowej przychodni zaproponowano wizytę za cztery dni. Lekarz nawet zerknął na nogę (to wcale nie takie oczywiste) i wypisał receptę na maść. Noga puchła jednak coraz bardziej mimo maści, w związku z tym wybrałem się do innego lekarza. Lekarka tym razem prawie nie zerknęła na nogę, wypisała receptę na inną maść i zignorowała wiadomość o kleszczu. Po kilku dniach noga zrobiła się sina i ledwo doszedłem do kolejnego lekarza. Zerknął i skierował mnie do dermatologa. Na szczęście dermatolog przyjmował piętro wyżej, bo nie wiem, czy zaszedłbym dalej. Dermatolog stwierdził, że koledzy się mylili i zapisali złe maści. Przepisał kolejną. No cóż, puenta byłaby pewnie taka, że noga by odpadła, gdyby nie to, że usiadłem przed komputerem (w końcu i tak nie mogłem chodzić) i znalazłem informację o tym, że niezbędny jest antybiotyk. Poczołgałem się do kolejnego lekarza, który zdecydowany był dać mi maść, ale kiedy zagroziłem, że podpalę przychodnię, jeśli nie zapisze antybiotyku, którego nazwę przyniosłem na karteczce - dał za wygraną.

Noga się zagoiła i pierwszy lekarz, do którego poszedłem na kontrolę, pokiwał z zadowoleniem głową: - A nie mówiłem, że maść pomoże? Zdziwił się, kiedy powiedziałem o antybiotyku. No cóż, zdarza się, można by powiedzieć. Przypomniałem sobie wtedy, jak kiedyś dopadła mnie gorączka ponad 40 stopni, a kilku kolejnych lekarzy usiłowało zwalczyć ją aspiryną, nim wreszcie po tygodniu, kiedy od gorączki miałem omamy, nie zjawiła się jakaś stuletnia lekarka (a może tak w malignie mi się wydawało) i załamała ręce: - Przecież to zatrucie salmonellą. Skąd panu do głowy przyszło łykać aspirynę!

Nie, wbrew pozorom nie będzie to tekst o służbie zdrowia. Po prostu akurat wtedy wpadło mi w ręce jakieś poważne pismo. Autor, znany dziennikarz, rozmawiał ze znanym lekarzem. Rozmowa zeszła im na wszelkiego rodzaju magików obiecujących ozdrowienie, a także różnej maści szarlatanów. Dziennikarz zastanawiał się, cóż takiego pcha ludzi w objęcia tych oszustów, profesor bezradnie rozkładał ręce. W końcu przeważająca większość tych tak zwanych cudotwórców to zwykli wydrwigrosze - uznali wreszcie, podając kilka przykładów fatalnych diagnoz. Trudno się było z nimi nie zgodzić, tyle że to lekarze, a nie znachorzy prawie mnie uśmiercili.

Najśmieszniejsze było oczywiście coś innego. Kilka miesięcy później w jakimś tygodniku zobaczyłem zdjęcie lekarza, który leczył mnie maścią. Narzekał, że ludzie zwlekają z przyjściem do lekarza, i udzielał rad, jak unikać kleszczy, i pouczał, że jeśli będzie się z tym zwlekać, konieczny będzie antybiotyk. Właściwie w ogóle nie powinno mnie to dziwić. Dawno temu pisałem artykuł o pewnej grze komputerowej. Większość mediów domaga się, by takie informacje komentowali eksperci. Wygląda wtedy jakoś tak poważniej. Umówiłem się z ekspertem, który z ochotą zgodził się na wywiad i ze smutkiem zawiadomił mnie, że niestety w gry nie gra i nie ma o nich pojęcia. - Ale przyprowadziłem syna - obwieścił z dumą, pokazując wyrośniętego dziesięciolatka. - Niech pan mu puści grę.

Syn po godzinie odwrócił się od komputera i powiedział: - Tata, ekstra ta gra, rozwaliłem masę potworów i zmutowanych ludzi. Rzeczywiście, zmutowani ludzie rozbryzgiwali się na ekranie w krwawej mgiełce na setki kawałków. - Kupisz mi tata? - prosił mały. - No dobra - zgodził się ekspert, po czym zwrócił się do mnie. - To możemy zaczynać. Krwawe gry wideo powodują nieodwracalne zmiany w umyśle małego dziecka. Dziecko nie tylko uczy się agresji, ale jeszcze musi korzystać z umysłu po to, by wybrać sposób zadawania śmierci. Jasiu, czym ty ich zabijasz? - Mogę ich rozcinać piłą albo rozwalać z obrzyna - zaraportował posłusznie Jasio. - No właśnie - skinął głową autorytet. - Dla nie w pełni ukształtowanego umysłu dziecka jest to działanie zabójcze.

Znany eksperyment z małpami wybierającymi mandarynki, na których umieszczono oznaczenia akcji, dowiódł jeszcze przed kryzysem, że małpy biją na głowę większość ekspertów polecających te czy inne akcje. Inne badanie przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych dowiodło, że inwestor kupujący na chybił trafił akcje miał na przestrzeni 15 lat większe zyski niż 94 proc. funduszy zajmujących się tym zawodowo. A całkiem niedawno w telewizji mignął mi pewien znawca wina, którego podziwiałem za to, że tak pięknie wyczuwał w jednym winie jeżynowe nuty, a w innym aromaty wanilii, kakao i lekki cień pomarańczy. Otóż pan ten długo mówił o przewadze win włoskich nad winami Nowego Świata, po czym miał spróbować trzech win i zgadnąć, które jest ze Starego Świata. Nie zdziwiło mnie, że to, którym się zachwycał, pochodziło z Chile, za to o tym, które okazało się chianti, mówił same złe rzeczy. Zdziwiło mnie całkiem co innego. To, ile ten biznesowy guru opowiadający w luksusowym hotelu o tym, że pieniądze nie są ważne, wziął za wykład.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje