Jak zostałem aniołem
Chciałbym, by był inny powód. By nie chodziło tu wyłącznie o odległość od miasta, komunie, nadużywanie trunków. Chciałbym, ale nic z tego.
Rzecz w tym, że mieszkam za miastem, co dla miastowych (my, byli miastowi, kiedy już zalęgniemy się na zielonych łąkach, zwykliśmy tak z pewną pogardą zwać tych, którzy zostali) wiąże się tylko z romantycznymi uniesieniami.
– Ach, naprawdę mieliście dziś dziki pod płotem? To niesamowite! (Jakie tam niesamowite, głodne są, to podchodzą). – O rany, a wy się nie boicie? – A czego niby? – dziwię się. – No, że na dzieci napadną. – Gdzie tam, w dzień nie chodzą, w nocy dopiero – dziwię się, że miastowi takich rzeczy nie wiedzą. – Wcześniej niż o 23 w każdym razie nie.
Wczoraj otworzyłem furtkę, a tam zarośla się ruszają. Wyszły trzy dziki i spojrzały na mnie. – Matko Boska, a ty co!? – Spojrzałem na nie i zamknąłem furtkę. Miałem im pomachać? – Zdjęcie może zrobiłeś? – Zdjęcie? A po co? Przychodzą prawie codziennie. Chcą się dostać do kompostownika. – Naprawdę macie kompostownik? (No pewnie, a wy nie?). – Ale problem mieliśmy z drzewem. Przewróciło się i zatarasowało drogę. – O rany, wy to macie przygody! (Jakie tam przygody, stare było, to się przewróciło, ale dzieci mało się na wycieczkę nie spóźniły do Warszawy).
No więc kiedy opowiem już te wszystkie wstrząsające przygody, które mnie spotkały w zeszłym tygodniu, łącznie z tym, że była awaria zasilania i siedzieliśmy tylko przy kominku. (O rany, ale to romantyczne! Jakie tam romantyczne, chcieliśmy obejrzeć nowy odcinek Gotowych na wszystko i zastanawialiśmy się, czy elektrownia zdąży naprawić, zanim się zacznie. Uff, zdążyła).
Kiedy skończę, czas na opowieści miastowych. Chłonę je, jakbym trafił właśnie z Afryki za koło podbiegunowe, z niedowierzaniem oglądał zorzę polarną i usiłował złapać wirujące płatki śniegu. – Wczoraj nie mogliśmy wpaść, bo zamówiliśmy hydraulika – mówi znajomy. – Co zrobiliście? – przerywam. – No, hydraulika – patrzy na mnie niepewnie, nie wiedząc, o co mi chodzi. – Robiliśmy remont. Malarze już skończyli i wszedł hydraulik. – Malarze? – wtrącam się. – Było ich więcej? – Trzech – mówi znajomy, już całkiem zbity z tropu. – Nawet czterech, ale jeden zachorował i zostało trzech – kończy coraz wolniej.
– I jak to było? – dopytuję rozgorączkowany. – Ale co jak było? – dziwi się przyjaciel. – Jak ich znalazłeś? – Wisiało ogłoszenie, zadzwoniłem i przyszli. – Aha – teraz markotnieję. – Naprawdę przyszli, od razu? – No nie od razu, następnego dnia – kręci się na krześle niepewny, co mi się stało z tymi malarzami. Na wsi jest inaczej. Przede wszystkim na słupie wiszą inne ogłoszenia: „Sprzedam kury nioski”.
Ogłoszenie malarza znajduję w gazecie lokalnej. Malarz milczy ponuro w słuchawce, kiedy wyłuszczam problem (nieduży problem, ot, jeden pokój do pomalowania). – A daleko pan mieszka? – wzdycha ciężko. Mówię, że niedaleko, dziesięć kilometrów od niego. – Nie kalkuluje mi się – przerywa malarz. – Dziesięć kilometrów w jedną, dziesięć w drugą, następnego dnia to samo. Nie kalkuluje mi się. Następni też się wykręcili. (Panie, no wnuczka ma komunię, może za dwa miesiące, jeden pokój się nie kalkuluje, żona będzie miała imieniny za tydzień, potem pan zadzwoni).
Oczywiście sam pomalowałem pokój. Potem musiałem wyciąć kilka drzew, ale delikatnie. Żeby nie przewróciły się na dom ani zjeżdżalnie dzieci. – Kilka to znaczy ile? – zapytał fachowiec. – No, cztery, pięć – zastanowiłem się. – No nie wiem, jakby więcej, to czemu nie. Ale cztery? Nie kalkuluje mi się. Nigdy bym się nie spodziewał, ale w internecie można znaleźć instruktaż, krok po kroku, jak ściąć drzewo. Przewróciło się dokładnie tam, gdzie ja chciałem. Byłem wniebowzięty.
Kiedy nadeszła pora otynkowania podmurówki, tylko dla porządku obdzwoniłem fachowców. – A ile tej podmurówki pan ma? Mało. No to nie kalkuluje mi się, kochany. Zrobiłem to sam. Tynkowanie też nie jest trudne i można znaleźć instrukcję w internecie. Stolarz, który miał zrobić półki na wymiar, nawet przyjechał i wymierzył. Zdziwiło mnie to. Obiecał zadzwonić pojutrze z wyceną i zająć się tym w następnym tygodniu. Coś mu wciąż wypada od dwóch lat, więc zająłem się tym.
Jest w tym coś dekadenckiego. Nie w malowaniu, rzecz jasna. W opowiadaniu, co ostatnio przypadkiem zrobiłem pokonany nieobecnością fachowca. I w spojrzeniu obcych żon, które chłoną moje słowa, jakbym był aniołem. – I pomalowałem, nawet szybko mi to zeszło. – No a ty! – obce żony patrzą na swoich mężów ze złością. – Popatrz, Leszek sam to zrobił. A ty? Potem obce żony patrzą na mnie i pytają: – Ale wytłumacz, jak to zrobiłeś?
Mam mówić, że to dlatego, że nikomu się nic nie kalkuluje? Nigdy. Obawiam się dnia, który kiedyś nastąpi. W słuchawce usłyszę rześki głos: – Mały pokój do pomalowania? Pod Warszawą? Nie ma sprawy. Kiedy pan sobie życzy, żebyśmy zaczęli? Nie wierzę, by to nastąpiło, ale mam plan rezerwowy. – I znowu nic z tego – powiem żonie. – Znowu muszę zrobić to sam.
Leszek K. Talko
Twój STYL 4/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Szczęśliwe dzieciństwo w żadnej mierze nie zależy od... więcej
Reklama
Wasze komentarze (3)
-
21.05.2011 (12:38)
-
14.04.2011 (14:57)hahaha uwielbiam styl pisania Talki :D I mnie też dziwi że jak wyjeżdżam na weekendy na wieś,że moim tamtejszym sąsiadom nic się nie opłaca ;P
-
-
14.04.2011 (10:46)Jakbym o swoim mężu czytała, tylko z tą różnicą, że to jemu się nie kalkuluje, a nie fachowcom :)












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli