Informacja
Tęsknię za takim obrazem. Poranek, parzy się kawa, pachną bułeczki, a na ganku ląduje gazeta zawinięta w folię. Pies przynosi mi ją w pysku pod nogi.
Zresztą pomińmy psa, pewnie by ją zakopał. Sam ją przynoszę, jeszcze w szlafroku, kładę na stole, sięgam po filiżankę i zaglądam: co tam na świecie? Ciąg dalszy jest do przewidzenia.
Na świecie jak to na świecie. Francuzi wycofują się z Indochin, Chruszczow grozi zerwaniem rozmów pokojowych, partyzanci Che Guevary poczynają sobie coraz śmielej, a przygotowania do wysłania pierwszego sztucznego satelity idą coraz szybciej.
To by były oczywiście lata 50., może 60., kiedy gazety lądowały przed domkami na przedmieściach i nawet nie wiem, czy tak było naprawdę, ale tyle razy widzieliśmy to w kinie, że zaakceptowaliśmy to jako rzeczywistość. Informacja była prosta, choć czasem straszna, bardzo odległa i jakoś zupełnie niezwiązana z sielskim przedmieściem pełnym sąsiadów uśmiechających się do siebie i wyruszających do znanej, bezpiecznej pracy w świecie, w którym zmagają się z łamigłówkami, nie z tajemnicami.
Malcolm Gladwell w książce "Co widział pies..." podaje różnicę między łamigłówką a tajemnicą. Łamigłówka to, powiedzmy, odkrycie miejsca pobytu Osamy bin Ladena. Nie wiemy, gdzie jest, mamy za mało informacji, dlatego nie można go znaleźć. Tymczasem tajemnica to przeciwieństwo łamigłówki. I wbrew pozorom nie odnosi się do tego, czy szef planuje jakieś zwolnienia w dziale lub czy nasi znajomi obgadali nas przed sąsiadami.
Tajemnica to sytuacja, gdzie danych jest za dużo, by sensownie je przeanalizować i wyciągnąć jakieś wnioski. Atak terrorystów to tajemnica, podobnie jak upadek Enronu, a potem banków gigantów. Danych było zbyt wiele i nie dało się ich po prostu przeczytać i wyciągnąć logicznych wniosków.
Gladwell pisze, że wszystkie dane potrzebne do przewidzenia upadku Enronu były publicznie dostępne. Tyle że liczyły trzy miliony stron, które każdy mógł przeczytać, gdyby tylko znalazł czas. Natłok rodzi tajemnicę.
Włączam komputer i trafiam na pierwszą z brzegu. Chcesz wiedzieć, kto mógł zarobić 20 milionów dolarów, ale mu się nie udało? Pytanie. Pewnie, że chcę. Klikam więc i czeka na mnie następna informacja. To znany aktor, chcesz wiedzieć, dlaczego nie udało mu się zarobić 20 milionów dolarów? Klikam zawzięcie dalej, oglądam zdjęcia aktora, połączenie się wiesza, zaczynam od początku.
W końcu jak już raz kliknąłem, chcę dobrnąć do końca. Przy dziewiątym kliknięciu wreszcie wiem: chodzi o to, że Charlie Sheen odrzucił rolę w "Matriksie". Gdyby się zgodził wiele lat temu, to zarobiłby górę pieniędzy, ale nie mógł się zdecydować i zagrał Keanu Reeves. Jestem zły.
Co to za informacja? Po pierwsze to wcale nie stracił. Zagrał w czym innym, zarobił masę pieniędzy, zżymam się, zastanawiając, co to za kretyn wciągnął mnie w to klikanie. Już zresztą widzę następną tajemnicę: złote majtki. Chcesz wiedzieć, kto dał taki prezent? Po krótkim zastanowieniu decyduję: nie, nie chcę.
Na paskach informacyjnych w telewizorze znowu tajemnica. Migają wiadomości: co mnie, na miłość boską, obchodzi, że profesor Kucharski, o którym nikt nie słyszał, źle ocenia dotychczasowe lata rządów PO! Ani bardziej, ani mniej niż następna informacja. Otóż jakiś Zasławski, który jest, zdaje się, ekspertem finansowym, uważa, że rząd idzie w dobrym kierunku, to żądania opozycji są nierealne, a właściwie to bzdurne. Nic z tego wszystkiego nie wynika i kiedy dzwoni telefon, i jakaś sympatyczna pani pyta, czy może znalazłbym czas i wpadł jutro do studia na kilkanaście minut - zgadzam się.
Sympatyczna pani mówi, że porozmawiamy o dzieciach, jestem w końcu ekspertem od nich, napisałem kilka poradników. Krzywię się, rzeczywiście. Napisałem kilka książek po to, by pokazać, że poradniki i eksperci są bez sensu. Nikt tego nie zrozumiał, uznano, że to też poradniki, a ja po prostu jestem ekspertem od dzieci. - Zgoda - mówię do słuchawki.
W studiu jest miło jak zawsze, ale prowadząca mówi, że może odejdziemy od tematu. - Czy lepiej być surowym i wymagającym, czy może pobłażliwym? - zaczynamy. - Różnie - uśmiecham się. A potem zaczynam opowiadać anegdotki. Bo cóż, różnie to bywa, prawda?
Rozmowa zbacza nam potem w inne rejony. - A właściwie jak ojciec taki jak pan zapatruje się na obecną sytuację polityczną? - pyta prowadząca. - Wkurza mnie przeważnie - odpowiadam. - Ale nie straszy pan chyba dzieci panem X? - śmieje się prowadząca, wstawiając nazwisko polityka. - Hmm, nie straszę. Ale właściwie to niezły pomysł - dochodzę do błyskotliwego wniosku. Śmiech, koniec nagrania. Wracam do domu i zamieram.
Właśnie lecę na pasku informacyjnym. - "Trzeba zachowywać się różnie", mówi "ekspert od dzieci", czyli niestety ja, żeby ich pokręciło. Dzwoni przyjaciel, skręcając się ze śmiechu. - Naprawdę różnie? - dopytuje się niby-poważnie. - Myślałem, że tak samo. - "Obecna sytuacja mnie wkurza", mówi znany ekspert - to leci następny pasek. W internecie mam już kilkanaście komentarzy. "A to się intelektualista znalazł" - to najłagodniejszy.
Ale najgorsze, że jestem już w zajawkach w internecie. "Chcesz wiedzieć, kim straszyć dzieci?" - kliknij. Jeśli klikniesz, to za ósmym czy dziewiątym razem trafisz na pana X. I na mnie. Wolę nie myśleć, co będzie dalej. Najprawdopodobniej dostanę angaż do jakiegoś show, w którym będę oceniał tancerzy bądź śpiewaków. Szlag by to trafił! Chcesz wiedzieć, kto to powiedział? Kliknij.
Leszek K. Talko
Twój STYL 5/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli