Przejdź na stronę główną Interia.pl

Góra pieniędzy

Najgorsze jest to – i ta wiadomość budzi mnie i nie pozwala się rozmarzyć – że straciłbym przyjaciół. Nie dlatego, że zezłoszczeni moją fortuną opuściliby mnie, tylko że nie dotrzymaliby mi kroku.

Nie zajmowałem się tymi pieniędzmi, przysięgam, no, może przez tę krótką chwilę, kiedy rozmarzam się przed snem. Ale kto tego nie robi.

Reklama

A więc 60 milionów, czym się tu wzruszać, za dużo ich, by jakoś rozsądnie rozdysponować. Bo owszem, kilka milionów mógłbym natychmiast przepuścić do końca tygodnia, to strasznie przyjemnie wydać tyle nawet w myślach, nim zmorzy mnie sen. Dzieci marzą o najnowszym modelu telefonu, a ten najnowszy model zawsze kosztuje tyle samo, niezależnie od tego, który mamy rok i jaki jest numerek aparatu. To w sumie siedem tysięcy.

Marzą też o innych rzeczach, ale do żadnej z nich nie potrzebują 60 milionów.

A ja? Kiedy kupię już sobie rzeczy, których właściwie nie chcę, bo po cóż zaprzątać sobie nimi głowę? Kiedy już będę siedział w kabriolecie, o którym myślę teraz z pogardą, że to zabawka dla starzejących się chłopców, która niczego nie zmieni w ich życiu? W moim też by niczego nie zrobiła, ani odrobinę, ale ten ryk silnika chybabym lubił, pal licho spojrzenia zazdrośników. A więc kabriolet, jego cena przecież niemal nie uszczupli tych 60 milionów, nawet jeśli nie ma specjalnego sensu. Przychodzi mi jeszcze kilka rzeczy do głowy, ale nie są zbyt oryginalne.

Przejażdżka samochodem przez Stany Zjednoczone rozpisana na tysiące kilometrów: ileż ona może kosztować, zwłaszcza że chciałbym zatrzymywać się w uroczych przydrożnych motelach, które znam z filmów, a nie w luksusowych hotelach? Może jeszcze jakieś mieszkanie w starej kamienicy i domek nad Morzem Śródziemnym? Wydam marne pięć milionów na to wszystko, a pomysły już mi się skończyły.

Najgorsze jest to - i ta wiadomość budzi mnie i nie pozwala się rozmarzyć - że straciłbym wszystkich przyjaciół. Nie dlatego, że zezłoszczeni moją fortuną opuściliby mnie, tylko że nie dotrzymaliby mi kroku.

Przecież chciałbym też zrobić to, o czym nawet nie myślałem, a co teraz mógłbym. Podobno jest fantastyczna premiera opery w Nowym Jorku, czytam o tym i kiwam głową, myśląc sobie: fajnie mają w Nowym Jorku, ale skoro już mam te 60 milionów, to co szkodzi wyskoczyć na kilka dni i po drodze kupić jakiś smoking lub frak. Moi przyjaciele nie rzucą pracy i nie kupią fraka, ja wrócę, opowiem, jak w Nowym Jorku było, ale przepaść między nami zacznie narastać, skoro oni spędzili weekend w lasku koło miasta.

Poza tym uderzy mi woda sodowa do głowy. Mogę się zarzekać, że nie, ale uderzy. Obejrzałem wszystkie reality show o milionerach i milionerkach. Żony przechadzające się po garderobach na buty większych od mojego salonu i godzinami zastanawiające się, którą parę włożyć. Jedna prawie się popłakała, kiedy nie potrafiła wybrać i przypomnieć sobie, czy była już gdzieś w tych szpilkach od Chanel.

Mężowie wcale nie byli lepsi. Leżeli znudzeni i źli przed telewizorem, oglądając golfa i sącząc drinki. Jakim cudem, leżąc, doszli do tych milionów? Też wygrali je na loterii? Może wcześniej byli normalni, starali się o pracę zleconą i cieszyli z nagrody na koniec roku, bo były pieniądze na wspólny kilkudniowy wypad? Teraz jednak oglądali golfa, starając się nie słyszeć narzekań żony, że basen za mały, katering zamówiony z pięciogwiazdkowego hotelu spisał się tylko na cztery, a garderoba też jest już za mała i trzeba by kupić nowy dom.

Wieczorem zmuszeni przez żonę, która w końcu znalazła odpowiednie szpilki, zwlekali się z kanapy i wyruszali kabrioletami na eleganckie przyjęcia, gdzie spotykali się z innymi milionerami i ich kabrioletami. Wyglądało to strasznie, chociaż nie wydawało się trudne, tylko smutne. Wystarczyło pamiętać, że panie całują się w powietrzu, by nie naruszyć makijażu, potem zaś narzekają na służbę, panowie zaś biorą po piwie, by pokazać, że są zwykłymi facetami, i mogą wówczas opowiedzieć o golfie oglądanym w telewizji.

Opowiadają też o ekskluzywnej szkole, do której chodzą ich dzieci. Ja też musiałbym przenieść dzieci do drogiej szkoły, bo przecież ich przyjaciele by nie znieśli na dłuższą metę najnowszych telefonów czy pojazdów kinetycznych. Nie wiem, jak się nazywają, ale widziałem bogate dzieci jeżdżące na nich i wiem, że kiedy dojadą do szkoły, zaparkują je w specjalnym pokoju i zabezpieczą hasłem oraz aplikacją uruchamiającą brzęczyk w telefonie. Wiem o tym wszystkim od dzieci, które oglądały ten pojazd tak jak ja kabriolety. Z mieszaniną niedowierzania, zdumienia i chęci, zastanawiając się po zgaszeniu światła, a przed zamknięciem oczu, jak bardzo byśmy byli szczęśliwi, gdyby przyśniło się tych sześć numerków. Wszystko to wydało się zbyt trudne. Nie wypełniłem losu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje