Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dżin

Dawno, dawno temu odwiedziłem pewnego pisarza. Uwielbiałem jego książki, więc propozycję zrobienia wywiadu przyjąłem natychmiast. Pisarz przyjął mnie w swoim M3 w bloku z wielkiej płyty na szarym osiedlu.

Była zima. Na początku zastrzegł, że nie życzy sobie, żebym zadawał mu głupie pytania, bo ma ich dosyć, a ja uznałem to raczej za bon mot, a nie ostrzeżenie. A powinno mnie tknąć, gdy zaczął co chwila wtrącać francuskie słowa. – C’est la vie, jak mawiają Francuzi. O ile jest pan to w stanie zrozumieć. – Pracowałem w pizzerii w Paryżu, więc nadążam – uśmiechnąłem się, nadal nie widząc dżina. Oczywiście musiałem w końcu coś zauważyć. Obroniłem się przed wstawkami z łacińskiego poety (– Pewnie to panu nic nie powie. – A wie pan, że powie, miałem łacinę w liceum). Pisarz walił we mnie jak w bęben i wreszcie trafił. Zacytował coś po niemiecku. Może Kanta, a może Goethego (– Rzecz jasna nie ma pan pojęcia, kto to napisał). Tu mnie miał. Nie miałem. – Gdyby czytał to pan w oryginale jak ja – napuszył się pisarz. Po raz pierwszy od chwili, kiedy wszedłem, jakby się uśmiechnął. Teraz ja się zezłościłem. Nie pamiętam już, czym go ustrzeliłem, ale udało się. Cóż, reszta wywiadu przypominała pojedynek chuliganów stadionowych, z tym że zamiast kamieniami rzucaliśmy w siebie cytatami, tytułami i obcojęzycznymi kwestiami. Skończył się ten koszmar wieczorem, wyszedłem mokry i przekonany o zwycięstwie. Pisarz zapewne również gratulował sobie wygranej. Rzecz jasna wywiad, po który przyszedłem, nigdy nie ujrzał światła dziennego, a ja nie miałem pojęcia, dlaczego tak się sprawy potoczyły.

Reklama

Dziś wiem.

Przypomniałem sobie pisarza kilka lat później, kiedy wyszedłem ze spotkania z pewną brytyjską celebrytką. Zaprosiła mnie do domu, upiekła ciasteczka i zrobiła herbatę. Komplementowała mój angielski, porozmawialiśmy o rodzinie, zapytała, czy mam zdjęcia dzieci, i zachwyciła się, jakie są ładne. Aha, rozmawialiśmy w jej domu, który był wart chyba 10 mln funtów, a na ścianach wisieli oryginalni impresjoniści. Zastanawiałem się, czemu była taka sympatyczna, i dziś już wiem. Wieki temu przeczytałem uroczą baśń o dżinie zamkniętym w butelce. Tak, to ten sam, który siedzi w butelce na dnie morza i marzy o kimś, kto by go wypuścił. Swego wybawcę chce nosić na rękach, obsypać złotem i drogimi kamieniami. Siedzi tak i siedzi, a nikt się nie zjawia, nie ma kogo obsypywać. Dżin robi się nieco zły, ileż można czekać. Wciąż ma nadzieję. Już nie chce wybawcy budować zamku. Obiecuje sobie, że da mu domek i jakąś rozsądną sumę pieniędzy. A tu wciąż nikogo. Dżin miota się wściekły. Postanawia, że gdy już go ktoś wypuści, przyłoży mu po głowie, ile można czekać. Wreszcie po setkach lat zraniony i smutny postanawia zabić tego, kto otworzy butelkę. Lub udowodnić mu, że jest kretynem. Że nie zna łacińskich sentencji i nie czytał w oryginale ważnych książek. I dlaczego zjawił się tak późno? I dlaczego przed nim nie było innych? Dlaczego ci inni nie ogłosili, że Polska ma wielkiego pisarza? Jego książki były naprawdę znakomite. Zasługiwał na Nagrodę Literacką Nike, ale nikomu nie przyszło do głowy, by go do niej zgłosić, a co dopiero mu ją dać. Pisarz bowiem nie opisywał narkomanów na stanowiskach, dewiacji rodzinnych czy problemów życiowych gejów pracujących w korporacjach i skonfliktowanych z ojcem – czyli tego, co doceniają krytycy. Uprawiał znakomitą, uniwersalną literaturę niszową i gdyby urodził się gdzie indziej, zostałby J.R. Rowling i zamieszkał w pałacu. Urodził się jednak tutaj i został dżinem w M3 – niedostrzeganym przez krytykę, kochanym przez fanów i przez to nieuznawanym za poważnego pisarza. Moja przyjaciółka Kaśka zamieszkała w Kalifornii.

Pisze mi, że jest tam dziwnie.

Rodzice z klasy, do której poszła jej córka, urządzili imprezę w barze na plaży dla rodziców i dzieci. Po to, żeby ona wszystkich poznała. Pisze, że najdziwniejsze jest to, że wszyscy nowi znajomi są zachwyceni jej pomysłami. – Gdybym powiedziała na przyjęciu, że chcę zostać kominiarzem, to ktoś by powiedział, że to świetny pomysł, inny wspomniał, że kominiarze to grupa zawodowa godna szacunku, a trzeci zacząłby szukać ludzi, którzy chcieliby przeczyścić komin. Ta celebrytka z Anglii mogła się zachwycać moimi dziećmi, bo nie brakowało jej zachwytów. Nie była dżinem, bo nie musiała. Wiele razy czytała o sobie, że jest znakomita. Mówili to w telewizji, pisali w prasie krytycy oraz zwykli ludzie w internecie. Tak mi się to przypomniało, przy okazji wywiadu ze sławną polską piosenkarką, która mówiła o sobie "artystka mojego formatu". Była nieszczęśliwa, bo oczekiwała jak każdy artysta, że w prasie i na ulicy wszyscy będą mówili: "artystka jej formatu", zamiast zastanawiać się, czy zbrzydła.

Nie powiedzieli, więc została dżinem.

Na święta, na zimę albo na Nowy Rok można sobie zrobić postanowienie. Napisać mejla do ulubionej piosenkarki, że świetnie śpiewa. Świetnie – to ważne. Nie "w miarę", "nawet nieźle", "niekiedy dobrze", bo nikt nie chce usłyszeć: "nawet dobrze wyglądasz jak na zwykłą gospodynię domową, chociaż do Megan Fox to ci oczywiście daleko". Napisać fajnemu politykowi, że jest super i żeby się nie dał i że warto (on słyszy tylko, że jest różową lub czarną mafią, szują i gnidą). Napisać pisarzowi, że całą noc zarwało się nad jego książką (on czeka na tego mejla od dawna). Kucharzowi w knajpie szepnąć, że stek był przepyszny (on wciąż słyszy że za zimne, za gorące, za słone). A przyjacielowi, który mówi, że chciałby być kominiarzem, że na pewno mu się uda i to wspaniały fach. Zakład, że będzie przyjemniej?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje