Dom
Ten pierwszy docelowy był w okolicach Starego Miasta. Świetne miejsce, dwa kroki na Freta, trzy kroki do Ogrodu Krasińskich, cztery kroki na plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście.
A jeszcze pod bokiem Wisła, warszawska Cytadela taka piękna jesienią. Wystarczyło wyjść z mieszkania i za chwilę już się tam było. W związku z tym, co pojąłem dopiero zacznie później, jeśli mogłem być tam zawsze, to nie byłem nigdy.
Zrozumiałem to dopiero, gdy się wyprowadziliśmy. Pierwszy dom miał wady. Był kawalerką. Pewnego wieczoru przyszedł znajomy i się zagadaliśmy. Zegar dawno wybił północ, a my wciąż dyskutowaliśmy o czymś, co miało zmienić świat, ale okazało się tak błahe, że w ogóle tego nie pamiętam.
Żona co i rusz dopytywała, czy nie chcemy napić się jeszcze herbaty, a my chcieliśmy, i dopiero następnego dnia wyznała, że była śmiertelnie śpiąca i marzyła, żebyśmy ruszyli się z jedynej kanapy, którą chciała rozłożyć i na niej zasnąć. Do dziś kiedy słyszę: może jeszcze herbaty, automatycznie odpowiadam: musimy lecieć, i wychodzę.
Ten drugi dom docelowy był większy. Nie było to trudne, bo pierwszy miał 30 metrów kwadratowych. Drugi wybraliśmy ze względu na wielką sypialnię, o której tak długo marzyliśmy. Mieć wreszcie łóżko, którego nie trzeba składać żeby dostać się do stołu. To było logiczne. Do sypialni wstawiliśmy łóżko, fotel, na którym zamierzałem siadać i podziwiać wieczorem panoramę miasta, a podłogę wyścieliliśmy mięciutką wykładziną, o której zawsze marzyłem.
To logiczne, na takiej wykładzinie można sobie leżeć i czytać albo pisać. Albo po prostu wpatrywać się w sufit. Wyspa kuchenna miała barek i wysokie krzesła. Tu miałem serwować potrawy z kuchni. Uznałem, że to będzie wygodne i oryginalne. Obok gabinet, bo dosyć pisania w kącie w kuchni. A tuż za rogiem były wszystkie modne kluby które zamierzaliśmy odwiedzać.
Z tą wykładziną to był fatalny pomysł. Dzieci wylały na nią soczek, jogurcik, colę, którą ukradły nam z lodówki, moją herbatę, a potem kawę, jeszcze raz soczek i wreszcie zupkę. Wykładzina wyglądała tak, że nie nastrajała do leżenia i wpatrywania się w cokolwiek. I zaręczam: reklamy kłamią. „Czyszczenie wykładzin, ekspresowo i dokładnie” – nie działa. „Wywabianie plam” też nie działa. Nadal widać i zupkę, i kawę.
Wielka sypialnia była bez sensu. Nie mieliśmy pojęcia, co tam wstawić. Była zimna i pusta, a ja nigdy w życiu na usiadłem na fotelu przy oknie. Jakoś nie było okazji. Do klubów też się przez kilka lat nie wybraliśmy. A ta wyspa kuchenna, strasznie droga i designerska, to niestety porażka. Nikt tam nigdy nie jadł. A zamiast pisać w gabinecie, wolałem na kanapie. Brakowało nam przestrzeni, lasu, ciszy.
Nic dziwnego, że ten trzeci dom docelowy był za miastem. Sypialnię zrobiliśmy tym razem malutką, za to przytulną. O połowę mniejszą od pokojów dzieci, które były wielkie, zdolne pomieścić wszystkie zabawki. Co z tego, skoro one wolały ze wszystkimi swoimi zabawkami ściągać do nas. Miały straszne pretensje, kiedy w nocy wdeptywaliśmy w porzucone pet szopy i klnąc szpetnie, wywracaliśmy się na samochodziku.
Zrobiliśmy za to pokój gościnny, żeby wszyscy nasi przyjaciele wpadali do nas z Warszawy i po wieczorze zapełnionym gorącymi dyskusjami mogli się przespać. To było logiczne. Nie wyszło. Ci, na których nam zależało, nie mieli czasu, nie chcieli rankiem przebijać się przez podwarszawskie korki. Ci, na których nam nie zależało, za to chcieli. A może się uda? Przyjadą, pobędą, nie będziemy sobie wchodzić w drogę.
Przyjechali bez zapowiedzi na cały tydzień, a zapasy w lodówce skończyły się następnego dnia. Taki urok życia na wsi. Byli bardzo sympatyczni, mówili, że jak trzeba, to coś kupią, ale gdzie jest sklep. Ha, no nie ma. To przecież wieś. Następnym mówiliśmy, że niestety pokój jest w remoncie i bardzo nam przykro. Jakoś nam się nie przydał.
Tak naprawdę potrzebowaliśmy wielkiej kuchni i pomieszczenia gospodarczego, w którym zmieściłoby się wszystko to, co nie weszło do domku narzędziowego. Czasem jednak znajomi wpadają. Przyjeżdżają, opowiadają, że chcą zbudować olbrzymi dom. Teraz mają kawalerkę i marzą o olbrzymiej sypialni, która ich uszczęśliwi. Poza tym on marzy o garażu, a ona o garderobie.
On chce mieć ten garaż, ale nie po to, by trzymać samochód. Chce tam rozłożyć swoje kolekcje, które teraz żona każe mu chować w piwnicy: kolekcję butelek po piwie z 78 krajów świata i kolekcję starych odbiorników radiowych. A dom chcą mieć ogromny, żeby było miejsce dla dzieci.
Dzieci dorosną, zanim oni skończą dom, a poza tym nie będą chciały mieszkać na wsi, ale tego nie mówimy. Tego o garażu też nie mówimy. I również tego, że znudzą mu się te aparaty. Wcześniej zbierał telefony i stare zabawki i też się znudziły.
Jej niepotrzebna ta wielka garderoba wyłożona łupkiem. Na wsi nie będzie miała tyle strojów, potrzebna jej wielka spiżarnia, ale o niej jeszcze nie marzy. I kalosze, dużo kaloszy zamiast tych szafek na szpilki. My już to wiemy. Tego też jej nie mówimy, bo nie ocenia się marzeń.
Oni pytają nas o następny dom, bo coś tam kiedyś bąknęliśmy. Ten czwarty dom docelowy będzie gdzieś tam na południu Francji. Z wielką kuchnią z widokiem na góry. Wejdzie tam wielki stół i gigantyczny blat. Będzie miał wielką piwnicę i olbrzymie pomieszczenie gospodarcze zbudowane z kamienia. Wszystko tam wejdzie.
Sypialnie mogą być małe, tam i tak żyje się na dworze. Za to będzie figowiec, wściekle kolorowe oleandry i palma. Oni nic nie mówią, ale pewnie myślą, że nam palma odbiła. Zastanawiam się, czy w naszych oczach widzieli to samo.
Leszek K. Talko
Twój STYL 3/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli