Ach, stryju
Miałem taki własny miły mit. Lata 70. Ja kilkuletni na podwórku opowiadający kolegom, że mam w Paryżu stryja. Tak, tak, stryja. Kiedyś przyjedzie albo może zaprosi mnie do Paryża, rozświetlonej metropolii składającej się z wieży Eiffla, Łuku Triumfalnego i bazyliki Sacré-Coeur.
Stryj mieszkał tam od wojny, przez lata składałem go z odłamków informacji zasłyszanych na spotkaniach rodzinnych. Walczył w brygadzie pancernej Maczka, był znanym dziennikarzem, jawił się jak Chuck Norris zdmuchujący wrogów kopnięciem z półobrotu.
Przypominam sobie rodzinne opowieści, jak to kiedyś wybrał się z dziećmi na plażę, zaczytał w gazecie, a siedmiolatki odpłynęły na dmuchanym materacu w stronę Maroka. Straż przybrzeżna na szczęście je zatrzymała. Ale czy ktokolwiek inny miał stryja, którego dzieci ruszały na materacu do Maroka?
Kiedy go wreszcie zobaczyłem, byłem w liceum. Wpadł do naszego mieszkania w bloku. Był stan wojenny, a może właśnie się skończył. Stryj przyjechał razem z jakimś francuskim dziennikarzem zmęczonym tym, że wszędzie, gdzie przyjeżdżali, goszczono ich polską wódką. Przezornie zasnął na naszej kanapie, a stryj opowiadał, że miał się spotkać z Wałęsą, że jeździ za nimi nieoznakowany samochód. Nie przypominał Chucka, bardziej Woody’ego Allena w znoszonej marynarce i z jego błyskiem w oku.
Na odchodnym poprosił, żebym napisał do niego do Paryża o tym, jak się żyje. Napisałem, a potem z niedowierzaniem oglądałem legendarny "Kontakt", opozycyjne pismo wydawane w Paryżu z moją korespondencją. Z jednej strony dumny, z drugiej strony zafrasowany, że jednak dziwnie to wygląda. Tam piszą o racji stanu, Mickiewiczu, być albo nie być. A ja narzekam na to, że nie ma słodyczy czy może płyt. W każdym razie jakoś tak dosłownie, zupełnie niewzniośle i bez żadnego ukrytego dna.
Teraz przewiniemy szybko do przodu, minęło sporo lat. Stryj na emeryturze, odwiedzamy go w Paryżu. Robi milion rzeczy, nie wyobrażałbym sobie, że pójdzie do parku posiedzieć. Przyjeżdża, odjeżdża, czasami umówimy się na szybką kawę. Migają nazwiska, Mitterrand, Geremek, czuję, jakbym też ich znał. Ja chciałbym zmieniać świat, widzę linię. Po jednej stronie linii stoimy my - ci dobrzy. Po drugiej stronie są ci źli. Tych złych trzeba przekonać, żeby przeszli na naszą stronę. Jakoś nawrócić (tak pewnie myślał szalony mnich Savonarola, paląc mieszkańców Florencji). Stryj nie chciałby zmieniać świata. Uważa, że jest piękny taki, jaki jest. Pewnie, są różne trudności, ale jednak jest piękny.
- Ach, stryju - wzdycham. - A ci z prawicy też są piękni? Stryj to stary pepeesowiec. We Francji w Partii Socjalistycznej, stąd znał Mitterranda. Rzucam mu, co powiedzieli jacyś nasi prawicowi. Sporo tego było i bardzo to kompromitujące. - Cóż, może mieli zły dzień? - przypuszcza stryj. Och, jak mnie to wkurza. Przecież świat dzieli się. Jest biel, jest czerń. Są dobrzy i są ci źli, powiedzmy to głośno. Stryj jest nadal ważny. Nie jest już dziennikarzem, ale został prezesem Towarzystwa Literackiego i dyrektorem Biblioteki Polskiej w Paryżu. O tym uczą w szkole, tam są wszystkie pamiątki po Chopinie i Mickiewiczu.
Nowy minister czy premier zawsze przyjeżdża je zobaczyć, stryj go wita i potem opowiada, że to bardzo miły człowiek. - Miły człowiek? - warczę. - Bardzo kulturalny - kiwa głową stryj. - Niezręcznie się czasem wyraża, ale bardzo sympatyczny. Przymierzam się, żeby napisać artykuł o bibliotece. Tam wre. Jedno ze stronnictw chce wysadzić stryja z fotela, drugie oskarżyć go o nadużycia. Judzi jakiś pan Stanisław, ale na pokaz poklepuje stryja po ramieniu. Włosy stają mi dęba.
- To sympatyczny człowiek ten pan Stanisław - mówi stryj i proponuje wypad do bistro. - Znają mnie tam od lat - mówi. - Cudowne jedzenie. Ach, stryju, to zwykły stek z frytkami, a kelner marzy, żebyśmy już poszli i zwolnili stolik. Ja mu opowiadam o prawdziwym świecie, w którym właśnie różne siły wyszarpną mu stołek, w którym panuje zawiść, w którym są dobrzy i źli. A pan Stanisław jest - tak się składa - zły. W tym świecie kelner nie ma pojęcia, kim jesteśmy, i chce nas po prostu skasować. Stryj uprzejmie słucha i zajada swój stek. Zabawne, nigdy nie mówi, że jest głodny, przeważnie twierdzi że niemal nie je, ale zawsze, kiedy go widzę, sprząta z zapałem cały talerz. - Nie - uśmiecha się i macha ręką. Wyszarpują mu w końcu ten stołek, dostaje jakąś marną synekurę.
- A widzisz - mówię, kiedy go spotykam. - Załatwili cię. - Nie, pan Stanisław jest uroczym człowiekiem - zaprzecza. - A poza tym nadal mam w bibliotece swój pokoik. I co mam z tym fantem zrobić? Stryj, ten Chuck Norris dzieciństwa, jest po prostu naiwny? Jestem pewien, że "odwiedził" mnie osiem lat temu. Zawsze miał poczucie humoru. Kilkanaście razy z rzędu wyłączył mi się laptop. Następnego dnia dowiedziałem się, że stryj nie żyje. A jednak był Chuckiem Norrisem, po prostu metody miał inne.
Był szczęśliwym człowiekiem, otoczonym przez poznających go kelnerów, sympatycznych współpracowników, miłych ludzi. Czy to by coś dało, gdyby zamiast wiedzieć, że szczęście zawsze ma się w sobie, miał ich za bęcwałów, karierowiczów, podzielił ich na garstkę dobrych i ciemną masę złych? A ja przez cały czas myślałem, że nie miał racji. Ach, stryju.
Leszek K. Talko
Twój STYL 12/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
zablokowalam sie. tak calkiem i zupelnie. siedze przed... więcej












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli