A pamiętasz...
Lata 80. Czarno-biały telewizor Taurus. W telewizorze zaczyna się właśnie serial, który jest boski. Niesamowity. Nie z tego świata. Główne role grają tak niezwykli bohaterowie, że człowieka zatyka.
On jest silny, wspaniały, męski, no ideał, ale facet jednak, więc już pominę resztę zalet. A za to ona... Słodka i ostra jednocześnie. Piękna, idealna w każdym calu, kiedy mówi, wydaje się, że to mądrości, za które należałoby dać Nobla, ba, kilka Nobli od razu. Takie błyskotliwe, mądre, dowcipne i zwiewne, że wzrok wiesza się na jej ustach. Tak idealnych, że człowiek niemieje.
Przed telewizorem siedzę ja. W ręku aparat Zenit krzyk techniki, lustrzanka. Usiłuję złapać moment, kiedy ona będzie na ekranie. To nieproste, obraz śnieży, miga, na rolce filmu połowę klatek zajmą dziwne wzory, to wciskam migawkę o ułamek sekundy za wcześnie, to za późno. Ale na jednym jedynym jest ona. Mój ideał. Smak dzieciństwa jest boski. Można nim się delektować bez końca. W oku się kręci łza, jakieś wspomnienia.
Te najwcześniejsze, pierwsze zapamiętane marzenie. Samochodzik na pedały. Chyba moskwicz. Status: nieosiągalny. Potem było trochę marzeń spełnionych. W tym dziwaczna zabawka, w której samochodzik zjeżdżał po dwóch pochylniach na dół napędzany kluczykiem. Pokazałem go najładniejszej dziewczynie w klasie, w której się skrycie durzyłem, ale zbyła mnie ruchem ręki. Ja byłem w epoce samochodzików, a ona weszła już w epokę Bee Geesów śpiewających jednym cienkim głosem, który do dziś nie przestaje fascynować. Potem wiele innych zabawek i wreszcie te filmy. Te filmy, które są zawsze pewnym strzałem.
A pamiętasz "Niewolnicę Isaurę"? No masz, nie oglądałem regularnie, ale kto by nie pamiętał. Znajoma uśmiecha się na to wspomnienie, przypomina sobie, że po wsiach chodzili jacyś ludzie i zbierali pieniądze na wykupienie Isaury z rąk Leoncia. Chwila zadumy nad naiwnością ludzką i konstatacja, że przecież nie ma w tym nic niezwykłego. I co właściwie różni składanie się na wykupienie Isaury od składania do najlepszego funduszu, który za chwilę znika, waląc się w gruzy.
– A pamiętasz "Rewolwer i melonik"? – pyta mnie kumpel. O Boże, jakżeby nie! Do dziś pamiętam odcinek, w którym dzielnego agenta posadzono w modelu samochodu, przed którym stał wielki ekran. Złowieszczy doktor Jakiśtam włączył maszynerię i na ekranie zaczął się odtwarzać film. Nasz agent – Steed, siedział przykuty do kierownicy, ale musiał kręcić nią jak szalony, reagując na obraz drogi w szaleńczym tempie rozwijającej się na ekranie. Gdyby się pomylił, czekał go straszny los. Ten ekran, na którym rozwijała się w szaleńczym tempie droga, ta kierownica... wydawały się odległe niczym kosmos.
– A właśnie – mówi kumpel. Kosmos. "Kosmos 1999". Pamiętasz? No jasne. Pierwsze słowa: „Księżyc wyrwany z orbity Ziemi”. Dzielna załoga stacji kosmicznej razem z księżycem podróżuje po wszechświecie. „Orzeł 1 do bazy” – to była ta magiczna fraza. Rozpacz, kiedy nastawiłem sobie budzik na pierwszą w nocy, bo wtedy miał być emitowany odcinek – sromotnie zaspałem i nie mogłem sobie tego wybaczyć.
A Tara? Pamiętasz Tarę, którą zjadł krokodyl, ale nieskutecznie. Jakżeż to się nazywało... A coś ambitniejszego? Proszę bardzo. "Ja, Klaudiusz" z wielkim Derekiem Jacobim. Wydawało mi się, że nie było mądrzejszego człowieka i lepszego serialu. Rzym jak żywy, wieczne imperium, miasto-świat. Można tak sobie godzinami gadać. Zaczynać każdą rundę. – A pamiętasz... Przecież wiem, że pamiętasz. Ty też wiesz, że ja pamiętam.
Ale jednak: A pamiętasz detektywa Banaczka? Tego, który był Czechem, ale nie wiadomo dlaczego sypał polskimi przysłowiami, które słyszeliśmy pierwszy raz w życiu. Właściwie nie pamiętam już nic oprócz tych dziwnych przysłów, które wymyślił amerykański scenarzysta. A Robin w kapturze, jedyny prawdziwy, z brytyjskiego serialu z muzyką zespołu Clannad. Michael Praed, rzecz jasna, tylko i zawsze, a absolutnie nie Jason Connery z kolejnej serii. Tu się wszyscy zgadzamy, choć oglądaliśmy wszystkie serie i niezmiennie wzruszaliśmy się Hernem, bogiem drzew.
No, naprawdę można tak godzinami. Nie można tylko jednej rzeczy. Nigdy przenigdy. Nie można pójść o krok za daleko. Nie można sprawdzić, co porabia najładniejsza dziewczyna w klasie, ta, która miała płyty Bee Geesów i była pewna, że zostanie aktorką, a którą przypadkiem spotkałem w supermarkecie i zamieniliśmy kilka słów. Miała straszną trwałą, okropną nadwagę, rozwodziła się z drugim mężem i zamierzała aplikować do banku na kasę, cokolwiek to miało znaczyć. Szybko się pożegnaliśmy, obiecując jeszcze kiedyś powspominać, ale to było zbyt bolesne.
Najgorsze przyszło później. Jeszcze zniósłbym jakoś odkurzony po latach serial "Ja, Klaudiusz". Dłużący się niemiłosiernie, w Rzymie zbudowanym jakby z tektury i klocków lego. Godzillę, której tak się bałem, a która po kwadransie tak znudziła i mnie, i moje dzieci, że włączyliśmy pauzę i do dziś nie ruszyliśmy dalej.
Najgorsza była ona. Cała kolekcja filmów, na które kiedyś czekałem i teraz kupiłem. Z nią w roli głównej – którą fotografowałem z ekranu i w której się kochałem najbardziej. Niezwykła partnerka jego, już nie supermęskiego. Teraz jakby... sztywnego jak kij od szczotki. W natapirowanej fryzurze, z potwornie grubym, chyba na cal makijażem, drewnianymi dialogami, a to, w co była ubrana, to po prostu zgroza. Makepeace. Blond detektyw Makepeace, która zrujnowała moje wspomnienia.
Leszek K. Talko
Twój Styl 9/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Leszek Talko
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
...nie powinnam zabierac głosu w tej sprawie. Bo tu... więcej












Wasze artykuły
Koń jako blogerka
Kilka dni temu powstał blog o modzie gdzie w rolę blogerki modowej wciela się kobieta koń. Czy będzie to kolejny hit szafiarskiej blogosfery? A może dzięki xoxokon nasze szafiarki przejrzą się w lustrze? więcej
Przemoc
Kobieca władza