Przejdź na stronę główną Interia.pl

Powinni tego zabronić

Na zakupach, w metrze, wszędzie słychać dzwonek z wołaniem Jana Marii Rokity: Ratunku, Niemcy mnie biją! Czy nie należą mu się z tego tytułu tantiemy? Miałby na zapłacenie grzywny, na jaką skazał go niemiecki sąd.

Mam pilną robotę. Jednocześnie czekam na ważny telefon, nie mogę wyłączyć dźwięku. W związku z tym co chwilę wiolonczela gra fragment koncertu Bacha. Może to obciachowy sygnał, jednak słysząc go, nie podskakuję jak na dźwięk „nostalgii”, czyli świdrującego dzwonka telefonu z poprzedniego wieku. – To dziwne, ale ta wiolonczela przypomina prawdziwą – mówi mój mąż, a on jest w domu wyrocznią w sprawach muzyki. Chodził kiedyś do liceum muzycznego, grał na klarnecie, studiując równocześnie psychologię.

Reklama

Kto wie, czy nie zostałby wirtuozem, gdyby przez swojego brata Janusza, późniejszego Jonasza, nie poznał pewnej dziewczyny z liceum plastycznego. To ona zajęła jego czas tak bardzo, że rzucił szkołę. Razem z tą dziewczyną, nieco już wiekową, będzie właśnie w marcu obchodził rocznicę ślubu do potęgi entej. Twierdzi, że nie żałuje klarnetu, bo to bardzo trudny instrument. Zresztą i tak amatorsko gra prawie na wszystkim. Poziomu Langa Langa przecież by i tak nie osiągnął.

A propos Langa, jakiś czas temu w Warszawie odbyły się dwa koncerty. Jeden na otwarcie Roku Szopenowskiego, na którym było mnóstwo oficjeli, wiele ważnych figur, i drugi, normalny, karnetowy, dla tych co chadzają do filharmonii nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że kochają muzykę. Na tym oficjalnym klaskano między częściami koncertów, a na domiar złego komuś zadzwoniła komórka, co ze zgrozą powtarzali sobie prawdziwi melomani. Pytałam, jaki miała sygnał, ale nikt tego dokładnie nie pamiętał. I tak dobrze, że nie był to ulubiony ostatnio dzwonek z wołaniem Jana Marii Rokity: Ratunku, Niemcy mnie biją! Słyszy się to rozpaczliwe wołanie, idąc ulicą, stojąc w ścisku w metrze albo robiąc zakupy. Nie wiem, czy Rokicie należą się z tego tytułu tantiemy, ale to przecież jego autorski tekst, powinni to rozstrzygnąć prawnicy z ZAiKS-u. Gdyby tak było, miałby na zapłacenie grzywny, na jaką skazał go niemiecki sąd. Dotąd Nelly w dziedzinie rozrywki biła męża na głowę, teraz idą łeb w łeb.

Słyszę wiolonczelę, odbieram. – Powinni tego zabronić – kontralt Czesi nie jest tym ważnym barytonem, z którym mam zamiar nawiązać współpracę. – Dlaczego mówisz do mnie tekstem z reklamy? - pytam. – Bo powinni tego zabronić, to jest niemoralne, te całe badania DNA w tej sprawie. Unieszczęśliwią wielu ludzi, nic by się nie stało, gdyby tego nie wiedzieli, dzieci przecież temu niewinne. – Możesz jaśniej? – Wiesz, że byłam u kilku lekarzy? Jest tak, jak myślałam, ja jestem w porządku, ja mogę, zrobiłam to dla Józka, to to to...

Mówię, że czekam na bardzo ważny telefon, z gatunku tych, które zmieniają życie. – Dostałaś rabaty, wybierzmy się jutro na zakupy, wtedy wszystko ci opowiem, to nie jest rozmowa na telefon. – Najpierw obowiązki, a potem przyjemności – kończę. Wreszcie zagrała „ta” wiolonczela. Wiesz, jak to jest. Czekasz i czekasz, może zrezygnował, znalazł kogoś innego, myślisz. A tu nagle dowiadujesz się, że owszem, przyjmuje twoje wyśrubowane warunki. Udało ci się, jest tak, jak chciałaś. To dla mnie istotna sprawa.

Robię dziesięć głębokich oddechów, mocno i długo wciągam powietrze nosem, wypuszczam ustami. Czuję się trochę jak balon. Flaczeję i pęcznieję. Niepokój i duma. Pogoda pod psem, ale wybieram się z Czesią na obiecane zakupy. W eleganckim sklepie z bielizną mierzy gorset. Bardzo modny. Nosi się go na wierzch, chyba jak parę lat temu Madonna u Galliano? Czesia zadbana, dobrze trzymająca się czterdziestka, wciska się w niego. Razem próbujemy zaciągnąć suwak, bo gorset z suwakiem to wynalazek na miarę XXI wieku. Jednak się nie daje.

Biorę to cudo i proszę o większy rozmiar. Sprzedawczyni ma tipsy malowane w ptaki.

Mówię, że gorset jest za mały. – Musi być za mały, bo wtedy robi z ciałem to, o co chodzi, trzeba nad tym popracować, nie takie osoby się wciskały – mówi z dumą. Ja twierdzę, że Czesia w to nie wejdzie. – Pani nie rozumie, o czym ja do pani rozmawiam – zdenerwowana rzuca na szklany blat większy numer. I tak nie wygląda to dobrze. Czesia nie może oddychać. Brzuch ma nazbyt okrągły. W końcu kupuje body. W szale rabatowym odwiedzamy jeszcze kilka miejsc, rabaty są coraz większe, prawie wyprzedaż, choć jeszcze nie za darmo. Latamy, aż tu zrobiło się późne popołudnie, czas wracać.

Rozstajemy się na placu Trzech Krzyży. Ona w jedną, ja w drugą stronę. Wiolonczela zagrała. – Tak? – To nie była zdrada, w żadnym wypadku, ja naprawdę zrobiłam to dla Józka, przecież mu tego nie powiem, faceci czują się upokorzeni, jak się okazuje, że nie mogą... – To Józek nie może? – pytam, stając jak słup soli przy salonie Burberry. – No co ty, oczywiście, że może, to tak, ale... Ja mogę, to Józek nie może, więc spotkałam się ze swoim byłym, bo Józek ma chyba zbyt powolne plemniki, a tak bardzo chciał mieć... Tylko dwa razy, i wiesz, udało się, jestem w... Tak się cieszę, tylko wiesz, te badania DNA, powinni tego zabronić – mówi. Czy ja dobrze rozumiem, o czym Czesia do mnie rozmawia? – Józek nie będzie robił badań – uspokajam ją – w końcu wszystkie dzieci są nasze.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje