Syndrom Suzi
Podróżujemy przez życie tak zaabsorbowani wyznaczanymi samym sobie celami, że często nie zauważamy drobnych albo całkiem sporych bagaży, w które zostaliśmy wyposażeni na drogę.
Nasi rodzice, dziadkowie, ciocie i wujkowie „sprzedając” nam swój obraz świata, bezpowrotnie wpływają na nasz światopogląd. Nawet jeśli buntowałaś(eś) się jako nastolatka(ek), nawet jeśli udało Ci się wyjechać do najdalszych zakątków dżungli amazońskiej, nawet jeśli nie chcesz o tym pamiętać, sposób, w jaki postrzegasz rzeczywistość, został wbity w Ciebie, zanim zdążyłaś(eś) się temu przeciwstawić.
Pijasz herbatę rano czy po południu? Jak i dlaczego wybierasz miejsca na wakacje? Jak spędzasz święta? Jaki jest Twój stosunek do obcokrajowców, innych, słabszych? Czy boisz się nowości, czy raczej ryzykujesz, szukając dla siebie nowych dróg? Niestety, te wybory nie zależą od nas samych. Za większość odpowiedzialni są nasi najwcześniejsi „opiekunowie”, którzy prowadzając nas za rączkę na pierwsze spacery, nazywali rzeczy i zależności pomiędzy nimi. Przez resztę życia albo będziemy się zgadzać z tym, co nam zaserwowali, albo będziemy próbowali się od ich punktu widzenia uwolnić, zamęczając kolejnych partnerów, przyjaciół i terapeutów swoim dzieciństwem i jego wpływem na to, kim teraz jesteśmy lub, co gorsza, nie jesteśmy…
Nie wierzycie? Oto dowody: Zostałam wychowana przez Babcię. Jej Babuniowość była niezłomna, mieszanka chuligana i damy, a owa sprzeczność powodowała, że nikt i nic nie mogło się oprzeć jej czarowi i wdziękowi, który roztaczała na rynku miasteczka, w którym dorastałam. Przez kuchnię Babci przetaczały się tabuny ludzi, nie tylko dlatego, że według reguł feng shui kuchnia była lepiej usytuowana na rynku niż kościół i ratusz, ale przede wszystkim dlatego, że Babcia w swoim królestwie potrafiła sprawić, że ludzie po pięciu minutach czuli się lepsi, mądrzejsi i inteligentniejsi, niż byli chwilę wcześniej. W jej towarzystwie łatwiej było podjąć trudną decyzję albo przynajmniej na moment zapomnieć o kłopotach.
Waliły więc do Babci Jadzi tłumy, piły hektolitry kawy „plujki” i zjadały metry ciasta drożdżowego, które nieustannie rosło w dużym pokoju na kanapie przy piecu. Babcia słuchała niezliczonych historii miłosnych, trudnych i bolesnych jak czasy, w których przyszło jej żyć. Nieodmiennie uśmiechnięta, choć niekiedy (jak trzeba było) siarczyście przeklinająca los, opiekowała się i troszczyła o innych, w żadnym sensie nie zaniedbując własnego życia. Zawsze starczało jej czasu na opowiadanie bajek, lepienie pierogów z niespodziankami i pokazywanie dzieciom, po czym poznać, że w kuchni nocą grasowały skrzaty.
Rysowała rano cieniutkie kreski brwi, tapirowała koka za pomocą Lotionu 4 i śpiewała przedwojenne szlagiery, nucąc pod nosem nawet wtedy, kiedy zrzucała do piwnicy dwie tony węgla.
Babcia Jadzia właśnie przeniosła się Na Drugą Stronę. Bardzo mi jej brakuje.
Idąc szarym chodnikiem i smutno wpatrując się w bruk, nagle zobaczyłam żyrafkę. Dokładnie taką samą moi synkowie dostali w postaci gumowej zabawki do gryzienia. Suzi, bo tak została nazwana cętkowana piękność, i ta odciśnięta na chodniku czyjąś nogą, ten zwykły kawałek sreberka, w którym znalazłam pocieszenie, pozwoliły mi przez chwilę zapomnieć o żałobie.
Babcia odeszła, ale zostawiła mi w spadku swój sposób widzenia rzeczywistości. To ona nauczyła mnie, jak wielkim skarbem jest wyobraźnia. I że dla wyobraźni motorem jest serce. Dobre i współczujące. Dziękuję Ci, Babciu.
Pamięci Jadwigi Brodzik zm. 14.01.2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Joanna Brodzik
-
Wasze komentarze











Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli