Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przesilenie

Powoli otwierała oczy. Dźwięki z pokoju dziecięcego jednoznacznie wskazywały na koniec krótkiej, matczynej nocy. To miał być zwykły, kolejny dzień w jej życiu. Nie najlepszy, ale też nie całkiem zły. Ot taki, jakich zimą bywa najwięcej. Zupełnie zwyczajny dzień, z jasnym podziałem na godziny, regularne odstępy czasu pomiędzy obowiązkami, przyjemnościami i sprawami wagi ogólnożyciowoniezbędnej. Przeciągnęła się w ciepłej pościeli.

Zmęczony dźwiganiem dzieci i zakupów kręgosłup cicho chrupnął i między łopatkami poczuła nagle przeszywający ból. Nie, tylko nie to. Wypadanie dysku jest rzeczą normalną w jej wieku, ale ona wie, jak złapać oddech i nie dopuścić do katastrofy. Nie może pozwolić sobie na luksus niedyspozycji! Niezauważalnym pod białym obłokiem kołdry ruchem naciąga przerażone bólem mięśnie. Tak. A teraz jeszcze trzeba rozruszać tylko zdrętwiałe nogi i dzień dobry!

Reklama

Przewijanie, ubieranie, odpowiadanie po raz tysięczny na zadawane pytania o to, czy ściana to ściana i czy urosły przez noc małe stopy… Szykowanie śniadania. Powtarzane codziennie w tej samej kolejności czynności. Wykrzywione w podkówkę twarze dzieci, które nie chcą jeść chleba, serka, powideł, wędlinki i wszystkiego, co jeszcze mogła tego rana wymyślić. Patrzyła z bezsilnością na podłogę pokrywającą się jedzeniem. Zmarznięta opiekunka od progu zaproponowała lepsze rozwiązanie. Płakała cicho w łazience, puszczając wodę głośno, żeby zagłuszyć szloch.

Z butami w ręku wyszła na korytarz. Przejrzała złapany w locie dobytek. Torba, telefon, szminka. Klucze. Nacisnęła guzik pilota otwierającego drzwi od garażu. Nie działał. Nacisnęła jeszcze raz. Rana na palcu wskazującym, dokuczająca od wczoraj, kiedy to w pośpiechu usiłowała ugotować coś wyjątkowego na kolację we dwoje, otworzyła się. Ból. Znowu. Ścisnęła pilot w dłoni. Drzwi puściły. Wsiadła do samochodu. Nacisnęła guzik, żeby otworzyć bramę. Pilot nie zadziałał. Krew płynęła z kciuka na bezduszny, czarny kwadracik. Zacisnęła zęby. Jeszcze raz. I jeszcze. Brama powoli zaczęła się otwierać. Wyjęczała przekleństwo i wjechała ostro w ciemny zimowy poranek. Walcząc z sennością, pojechała do centrum handlowego. „Kawa – myślała. – Napiję się kawy i będzie OK. Podłączę komputer i wykonam zaległą pracę”.

Po kilkudziesięciu minutach krążenia po parkingu podziemnym, nie wiedząc, czy jest na poziomie Ryby H18, czy Psa G10, znalazła miejsce. Zimno przeciskało się przez szczeliny auta do jej pustego z głodu żołądka. „Kawa i praca”, powtarzała jak mantrę, przeciskając się między obładowanymi siatkami ludźmi. Z latte na podwójnym espresso wdrapała się na antresolę, gdzie dźwięki skocznych piosenek były jakby trochę cichsze. Wzięła głęboki łyk ciepłego płynu i włączyła laptop. Rozbłysł znajomym niebieskim światłem i… zgasł. „Bateria wyczerpana”, zawiadomił przed hibernacją. „Żebyś wiedział”, pomyślała i zaczęła szukać gniazdka. Nie było go. Zamknęła laptop i dopiła kawę.

„Tylko spokojnie”, pomyślała. Powoli zebrała rzeczy i ruszyła do wyjścia. Miała jeszcze trochę czasu. „Zaległą robotę zrobię później, a teraz… toaleta”. W dusznym, choć ogromnym pomieszczeniu czuła się zupełnie naga, pomimo puchówki oraz śniegowców. Usiłowała spojrzeć sobie w oczy w lustrze, ale przepłoszyła ją gromada roześmianych nastolatek, ciekawie zaglądających w jej zmęczoną twarz. Uciekła przed nimi do garażu. Pojechała prosto.

„Zakupy, tak, muszę zrobić zakupy”. Sama nie wie, jak znalazła się w obcej dzielnicy, próbując po raz setny zjechać z ronda. Udało się. Pod prąd. Trąbili na nią niemiłosiernie. Właściciele lanosów z wąsami brudnymi od hot dogów szyderczo wymachiwali przez zamrożone szyby. Jechała, a właściwie stała w korku i łzy płynęły jej po szaliku. „Jeszcze jedna próba”, pomyślała. „Nie mogę wrócić do domu, muszę znaleźć dla siebie schronienie i dokończyć zaległą pracę. Muszę, muszę, muszę!!!”.

Kolejne centrum handlowe. Kolejny parking. Kawa. Pyta o gniazdko. Uprzejma młoda obsługa wskazuje kąt, gdzie przystojny brunet stuka w laptop. Obok jest miejsce. Tak, nie ma nic przeciwko, jeśli się dosiądzie. Powoli wyjmuje laptop. Kawą parzy sobie usta. Wyciąga zasilacz. Nie ma końcówki. Zostawiła ją przy ładowarce do telefonu. Brunet patrzy na nią.

Opowiada mu o tym, co dziś się jej przytrafiło. Jest pomiędzy nimi miła wibracja. Ona to czuje i poprawia włosy. „Pomogę pani – mówi on. – Proszę przypilnować moich rzeczy. Odczaruję panią. Zaraz wrócę z kablem i napisze pani ten felieton”. Znika, zostawiając tlący się w popielniczce niedopałek. Ona oddycha z ulgą i zamyka oczy, a gdy je otwiera, kloszardka z papierowym kubkiem w dłoni siedzi naprzeciwko i gestykuluje tłustymi dłońmi, kreśląc w powietrzu skomplikowane wzory. Brunet wraca zmieszany. „Mieli wszystkie kable. Tego jednego nie. Przepraszam. Muszę lecieć”. Zbiera w pośpiechu swoje rzeczy i znika jak za przekręceniem magicznego pierścienia. Ona zostaje z kloszardką, która uśmiecha się szeroko i bełkoce w kółko to samo: „Przesilenie. Prze-si-le-nie”.

PS Wszystkie osoby i zdarzenia w tej historii są autentyczne, dacie wiarę?

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje