Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zlecenie z Zurychu

Jak co roku w połowie września Kreuzbergowie lecą do Algarve. I jak co roku Franz Kreuzberg szuka powodu, aby nie spędzić tam całych trzech tygodni.

Bardzo lubi Portugalię, szczególnie kiedy miną letnie upały i wyjedzie stamtąd cały ten tłum. To był jego pomysł, aby kupić tam mały domek, trzysta metrów od klifów, niedaleko Albufeiry. Naturalnie, że kocha i Margot, i dzieci, to nie o to chodzi. Po prostu nie jest typem gotowym na długie rodzinne urlopy.

Reklama

Bardzo szybko czuje się nikomu niepotrzebny, całkowicie zbędny, i w pewnym momencie zaczyna zauważać, że tak naprawdę wszystkim przeszkadza. Jak kapitan, który przypływa z długiego rejsu i kiedy już mija pierwszy tydzień sielanki z wytęsknioną rodziną, zaczyna odczuwać, że nadszedł czas, aby wrócić na statek, gdzie nikt nie ośmieli się nadszarpywać jego ego.

Jest to stan, który może przetrzymać maksymalnie dziesięć dni. Potem zaczyna chodzić rozdrażniony i tracić poczucie swojej wartości. A to przecież absurdalne, aby menedżer najwyższego szczebla wracał po urlopie do firmy z mocno nadszarpniętym poczuciem własnej wartości. W tym roku powód skrócenia urlopu brzmiał: "zlecenie z Zurychu".

Franz Kreuzberg wpadł na ten genialny, jego zdaniem, pomysł podczas pewnego nudnego zebrania. Szczęśliwym trafem termin "zlecenie z Zurychu" już dawno i wyraźnie zaistniał w rozmowach przy stole z Margot i dziećmi. Jego firma od długiego czasu stara się o podpisanie tej ważnej umowy, a on sam z tego powodu często wracał z biura późnym wieczorem, a nawet jeździł do niego w weekendy. Powód był więc jak najbardziej przekonujący.

Z przeświadczeniem, że nic lepszego nie mogło mu się przydarzyć, pewnego piątkowego wieczoru Franz Kreuzberg napełnił dwa kieliszki ulubionym likierem Margot - cointreau - i poszedł do kuchni. Patrząc w oczy całkowicie tym gestem rozczulonej Margot, powiedział: "Kochanie, zlecenie z Zurychu niestety zepsuje nam urlop...". Margot, ku jego zdziwieniu, przyjęła to nadzwyczaj dzielnie. Wypiła mały łyk likieru i westchnęła ze smutkiem. Przy drugim powiedziała krótko: "Szkoda". I ani jednego słowa jakichkolwiek pretensji!

Franz Kreuzberg odetchnął z ulgą, zadowolony z siebie. Potem w salonie przy kolejnych kieliszkach cointreau rzeczowo omówili wszystkie szczegóły urlopu: wspólny lot do Faro, przejazd wynajętym autem do Albufeiry, osiem dni niezakłóconego wspólnego relaksu i do tego dużo czasu z dziećmi. Potem jego powrót do Monachium z "bardzo prawdopodobną opcją", że doleci do nich na ostatnie trzy dni.

Margot tę opcję ostrożnie przemilczała, sięgnęła po swój kieliszek i opróżniła go do dna. Franz Kreuzberg zaczyna powoli cieszyć się na te osiem dni wakacji z rodziną i dwanaście dni urlopu od rodziny, kiedy pewnej "czarnej środy" rano dociera do niego poufny mejl z berlińskiej centrali z informacją, że Szwajcarzy się jednak wycofali i zlecenia z Zurychu nie będzie.

Do wieczora spędza czas na zwoływanych w związku z zaistniałą sytuacją w trybie pilnym spotkaniach, a następnego dnia rano leci na dywanik do Berlina. Osobiście finansowo nie poniesie większych strat. Na szczęście nie kupił akcji swojej firmy, a akcjonariuszy na walnym zebraniu w grudniu uspokoi kilkoma taktycznymi decyzjami.

Ogłosi, że od pierwszego stycznia w ramach niezbędnych oszczędności jako "odpowiedzialny menedżer" rezygnuje ze służbowego mercedesa z kierowcą i przesiada się do audi bez kierowcy. To przeważnie, przynajmniej na początku, większość największych krzykaczy malkontentów uspokaja, chociaż tak naprawdę nie ma zbyt dużego znaczenia. Poza stricte propagandowym oczywiście. Prości ludzie to jednak kupują. Uwielbiają wiedzieć, że nie tylko oni coś utracili, ale ci z najwyższych stołków także.

O tym, jak powie Stefanowi, jego kierowcy od piętnastu lat, że go zwalnia, pomyśli w swoim czasie. W domu nie wspomina o niczym. Nie uważa, że do "katastrofy z Zurychem" powinien dokładać utratę doskonałego pretekstu, aby skrócić swój pobyt w Portugalii. Kiedy przy niedzielnym śniadaniu Margot w rozmowie z dziećmi o urlopie mówi "zlecenie z Zurychu", dla pewności jeszcze dokładniej ukrywa twarz za gazetą.

Urlop tymczasem zbliża się wielkimi krokami. Dwa dni przed wylotem Margot umawia się ze swoją przyjaciółką Anną, z którą regularnie raz w miesiącu spotykają się zawsze w tej samej japońskiej restauracji na sushi. Mąż Anny od lat pracuje w tej samej branży co Franz Kreuzberg. W którymś momencie rozmowy Margot żali się przyjaciółce, że "jej Franz musi poświęcić ponad połowę urlopu z powodu tego cholernego zlecenia z Zurychu".

Anna jest bardzo zdziwiona. Z niedowierzaniem w głosie pyta: "Nie słyszałaś? Przecież to zlecenie przepadło. Wszyscy o tym ostatnio plotkują...". Przez moment Margot milczy przestraszona, a potem mówi spokojnym głosem: "Umawiamy się, że mi tego nie powiedziałaś, OK?".

Janusz Leon Wiśniewski

PANI 10/2016

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje