Przejdź na stronę główną Interia.pl

To już trzysta razy…

Ten regał, ten biały. Niech pan spojrzy. Tam stoi między innymi pana gazeta, ta, która ma przy tworzeniu tej piwnicy duże znaczenie.

- Piękną ma pani piwnicę - mówię, rozglądając się wokół. - Jest większa niż całe moje mieszkanie.

Reklama

- Nie może być! To ciągle pan mieszka w tej klitce we Frankfurcie?

- A skąd pani to wie? - pytam zaciekawiony.

- Napisał pan kiedyś tekst. Ten o dwóch mężczyznach za ścianą. Pana sąsiadach. Stąd wiem, że pan tak mieszka. Opisał pan ich przepiękną miłość*. Do ostatniego zdania myślałam, że opisuje pan parę nowożeńców. Pamięta pan? To było już dobre kilka lat temu. Mógł pan zapomnieć. Ale ja nie. Najpierw się poryczałam, a potem pokłóciłam z mężem. Drugim mężem. To tak dla ścisłości, bo zauważyłam, że pan bardzo lubi te swoje statystyki. Może pan to napisać. Nie jechałby pan czterysta kilometrów, żeby ze mną porozmawiać i nie napisać, prawda?

- Może pan także podać, ile dokładnie mam lat. Pan tak przeważnie pisze, chyba z delikatności, "miała około trzydziestu lat". A kobiet po czterdziestce w pana tekstach nie ma żadnych. Chyba że postaci historyczne. Ja nie mam około. Mam dokładnie pięćdziesiąt jeden lat. Przy pięćdziesięciu miałam duży kryzys, ale przy ostatnich urodzinach - żadnego. Tylko niech pan, proszę, zmieni mi imię i nazwy mojego miasteczka też nie wymienia. To i tak nie ma znaczenia. Miasteczko w Bawarii wystarczy. Wszystkie są do siebie podobne.

- Pokłóciłam się z mężem, bo on nazwał pana wstrętnym manipulantem, który, cytuję, "podżega kobiety do buntu". Miał trochę racji, bo pan często podżega kobiety do buntu. On nie zna dobrze polskiego, więc mu ten tekst tłumaczyłam.

- To było najstraszniejsze, ponieważ na swój sposób opisuje pan tam śmierć miłości. A nasza wtedy konała. Pan mówił jak gdyby za mnie. On to zrozumiał. I to go tak zdenerwowało. I za to jestem tej pana gazecie bardzo wdzięczna. Gdyby się wtedy nie zdenerwował, to nic by się między nami nie zmieniło. A tak się bardzo dużo zmieniło.

- Tę piwnicę na przykład mamy w dużej mierze dzięki panu. Niech pan się nie śmieje. Tak jest. Powiedziałam mu tamtego wieczoru, po przeczytaniu tego tekstu, że nie chcę się domyślać, co on robi w biurze przed północą. Chcę, aby był blisko mnie. Może robić, co chce, ale ma być blisko. Odpowiedział, że chce mieć swoją przestrzeń. W naszym mieszkaniu tego mieć nie może, dlatego zostaje w biurze. Jestem za blisko. Tak mówił. Ta teza, jak zgaduję, jest panu bliska, co? I wtedy mój drugi mąż skonstruował tę piwnicę.

- Student mieszkający obok nas trzymał w swojej tylko kartony po komputerach. Mąż dogadał się z nim. Będziemy mu płacić za miejsce w garażu, a on nam ją odda.

- I tak się metry piwnic dodały. Jest tutaj przestronnie i jasno. To jego miejsce, w którym nie jestem "za blisko", kiedy on tego nie potrzebuje. Wzruszył mnie tym, wie pan? Nie przychodzi tutaj często. Ja tu nie bywam prawie nigdy. Ale to było dla mnie jak wyznanie miłości. Po tylu latach. Wraca z biura około dziewiętnastej i jesteśmy razem. A jak chce być sam, zjeżdża windą na minus jeden. Wcale nie czuję wtedy, że jest daleko.

- Mam w tej piwnicy swoją półkę. Ten regał, ten biały. Niech pan spojrzy. Tam stoi między innymi pana gazeta, ta, która ma przy tworzeniu tej piwnicy duże znaczenie. Około, jak szacuję, dwa koma cztery metra. Od pierwszego numeru nazwanego "Jesień ’89" do ostatniego. Te pierwsze były siermiężne i cieniutkie - tak maksimum pół centymetra - te ostatnie są tłuste, wiem, że od reklam, i błyszczą.

- Szacuję, choć nigdy nie mierzyłam, że zajmują dwa koma cztery metra półki. Dla mnie to półka z historią. Pan napisze moją opowieść do numeru trzechsetnego, prawda? Przyśle mi go Marysia, moja córka.

- Miała niewiele ponad roczek, kiedy jesienią osiemdziesiątego dziewiątego wyszedł pierwszy numer, ten najcieńszy, pierwszy po lewej stronie. Kwartalnik, za 1000 zł. Takie były wtedy śmieszne ceny. Do miesięcznika "Kobieta i Życie" - pamięta pan, musiała to czytać pana matka - dodawali raz na kwartał kolorowaną dokładkę pod tytułem PANI.

- W naszym mieście nie było jej wtedy w kioskach Ruchu. Przywiozła mi ją koleżanka z Wrocławia. Przeczytałam za późno. Rozwodziłam się wtedy z pierwszym mężem, ojcem Marysi. Zdradził mnie z jakąś lafiryndą. Nawet nie była młodsza ode mnie. Przepraszał, że po pijanemu, błagał, mówił, że kocha, ale ja uniosłam się honorem. Gdy dowiedziałam się o ciąży, wyrzuciłam go z łóżka, tak dla bezpieczeństwa.

- Kiedy urodziłam Marysię, karmiłam i nie miałam ochoty, bo brakowało mi jakichś hormonów, ale to pan wie lepiej niż ja. Prawie dwa lata nie pozwoliłam mu się dotknąć. Przeczytałam w tej pierwszej PANI artykuł o tym. W zasadzie nie artykuł, tylko rozmowę. Dowiedziałam się z niej czegoś, co wiedziałam już po rozwodzie: że jestem idiotką. Rozwodzić się, bo niezaspokojony mąż raz mnie zdradził? Marysi nie chciałam tego powiedzieć.

Trafiła na bardzo dobrego ojca. Potem czytałam tę gazetę już ciągle. Aby czegoś ważnego nie przeoczyć. Gdy wyjeżdżałam z Polski, zabrałam wszystkie numery. Starzeję się z tą gazetą i niech tak będzie...

* "Sceny z życia za ścianą", PANI nr 07/2007.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje