Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sceny z życia za oknem

Jeśli życie jest faktycznie podróżą, to Frankfurt nad Menem przypomina jeden wielki ruchliwy dworzec na trasie owej podróży.

Statystycznie co około piętnaście lat wymianie ulega prawie cała ludność Frankfurtu. Większość to miasto, jak przystanek po drodze, opuszcza, inni umierają. Ta wymiana ludzi jest jak transfuzja świeżej krwi. Może dlatego ma się uczucie, że we Frankfurcie puls bije znacznie częściej. Wszystko odbywa się tutaj szybciej.

Reklama

Zgryźliwi i zazdrośni turyści z leniwej Bawarii twierdzą, że gdy w lokalnej telewizji Frankfurtu w wiadomościach podaje się na koniec prognozę pogody, to w Bawarii akurat udało się dopiero przedstawić prowadzących takie wiadomości. Frankfurt jest gorącym tyglem wymieszanych kultur. Mieszkają tu ludzie osiemdziesięciu czterech narodowości. Co trzeci mieszkaniec (dokładnie 32,9 proc.) nie ma niemieckiego obywatelstwa. Z tych, co je mają, bardzo duża, niezbadana część (Niemcy nie uznają podwójnego obywatelstwa, a jedynie je tolerują) posiada jeszcze jakieś drugie (tak jak ja).

We Frankfurcie - czasami mam takie poczucie - jedynymi cudzoziemcami są nieświadomi filozofii tego miasta konserwatywni Niemcy z prowincji, którzy nie potrafią lub nie chcą zrozumieć, że tutaj nie istnieje nic takiego jak "wolny od akcentu język niemiecki". I wcale nie chodzi im o dialekty, których w niemieckim jest kilka tysięcy. Tutaj mówi się, myśli, nuci, śpiewa, modli, wyznaje miłość, przeklina i śni w wielu językach.

Zdarza się także, że po niemiecku, chociaż z akcentem. Pod koniec listopada Frankfurt nad Menem, jak każde miasto, ozdabia się komercyjnymi gadżetami w rzekomym oczekiwaniu na chrześcijańskie Boże Narodzenie. Choinki, lampiony, mikołaje na sankach, renifery, czerwone ciężarówki z logo Coca-Coli. Oficjalnie zbliża się Wigilia. Czas przygotowań do pojednania, miłości i solidarności.

A w istocie czas, aby przede wszystkim kupować, a potem kogoś obdarować. Słowo "obdarowywanie" jest odmieniane w reklamach przez wszystkie przypadki. Jeśli ci trzej królowie naprawdę swego czasu przybyli do stajenki z darami, to najbardziej przysłużyli się galeriom handlowym...

Niby jest tak samo jak zawsze, ale w tym roku to czas szczególny. W mieście, gdzie narodowościowy tygiel nigdy nie zastyga, do tego tygla mocno dołożono. Tak sądzą media i z większą uwagą niż zwykle się Frankfurtowi przypatrują. Jaki jest więc przedświąteczny Frankfurt AD 2016 z imigrantami, emigrantami, uchodźcami, azylantami, jakkolwiek ich zwać?

Wracając z Polski, jadę kolejką podmiejską z lotniska do dworca głównego. Młoda arabska kobieta o przepięknych oczach z głową okrytą chustą rozmawia z młodym mężczyzną o nordyckiej urodzie. Kobieta mówi pięknym niemieckim językiem. Staram się określić akcent. Nie potrafię. Przez chwilę rozmawiają o targach książki, które niedawno zakończyły się we Frankfurcie. Mężczyzna szybko zmienia temat, przyznając, że książek nie czyta. Sięga do kieszeni po dzwoniący telefon. Nie potrafię zrozumieć zbyt wiele z niemieckiego, którym mówi. Dojeżdżamy do Frankfurtu. Słyszę z oddali głośny okrzyk: "Drodzy pasażerowie, zlecono mi sprawdzić ważność waszych biletów, z góry za to przepraszam".

Pasażerowie się uśmiechają. Do kolejki na stacji Frankfurt-Niederrad wsiada kanar. Sięgam do kieszeni kurtki po bilet. Uśmiechnięty kontroler w granatowym mundurze niemieckiej kolei ma skórę, która jest czarna jak asfalt zmieszany z najczarniejszą smołą. Pasażerowie w przedziale chętnie pokazują bilety. Łącznie z uśmiechniętym staruszkiem, który mógłby pamiętać Stalingrad. Jedynie jakiś brodaty Arab wstaje i wyrywając bilet z dłoni siedzącej obok niego zakwefionej kobiety, swoim wielkim brzuchem broni dostępu "czarnemu" do jego najprawdopodobniej żony lub siostry.

"Czarny" mówi coś po arabsku, potem po niemiecku i uprzejmie skłania głowę. Przystanek przy dworcu głównym. Czekam na tramwaj 17. Tramwaj się skandalicznie spóźnia. Już trzy minuty! To w Niemczech mało zrozumiałe. Pakistańczyk obok mnie zapobiegliwie ostrzega o spóźnieniu przez telefon swoją córkę, Japonka co kilka sekund niecierpliwie spogląda na zegarek, niemiecki żebrak kręci się po przystanku i wykorzystując podarowany mu czas, prosi o jałmużnę. Także po polsku.

Obok przystanku, tuż za wyjściem z podziemnego przejścia, jest rozległy plac. Gdyby dzisiaj szukano lokalizacji dla wieży Babel, to wygrałby w przetargach. Na tle wystukiwanej na bębnach afrykańskiej kakofonii słychać stamtąd dziecięcy chór śpiewający po angielsku "Cichą noc". Tymczasem na przystanku dwójka białych Amerykanów stoi przy plakacie z napisem "Tylko Jezus cię zbawi" i rapuje na głos Biblię, powtarzając jak mantrę: "Byłem obcy, a przyjęliście mnie, obcy byłem, a mnie przyjęliście".

W drodze do domu spoglądam przez okno tramwaju na rozświetlone miasto i myślę o dodatkowym krześle i nakryciu przy wigilijnym stole, który pamiętam z dzieciństwa. Byłem obcy i przyjęliście mnie...

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje