Sceny z życia małżeńskiego
Nieodwzajemniana miłość jest straszną udręką, proszę pana. Szczególnie ta miłość, która kiedyś była sensem życia, a teraz się wypaliła. Umarła. Bezpowrotnie.
Czasami myślę, że jest udręką o wiele okropniejszą niż nienawiść. Przy nienawiści pragnie się tak naprawdę przecież tylko jednego: cierpienia znienawidzonej osoby. W każdej możliwej formie. Jej bólu, poniżenia, wszelkiego spadającego na nią nieszczęścia, jej choroby, a także – w skrajnym, obsesyjnym przypadku – nawet śmierci.
Nienawiść i pragnienie zemsty są, proszę pana, bardzo proste do przeżywania. Takie do objęcia przez każdego, bo wszystko jest przecież jasne. Szczere, uczciwe i jednoznaczne. Jak plus i minus. Jak czerń i biel. Nienawidzić jest łatwo. Ale będąc kochaną, przestać kochać jest trudno. Po wszystkich tych obietnicach, które się złożyło. Po tajemnicach, które i w dzień, i w nocy się dzieliło. Bardzo trudno, proszę pana…
Siedzimy na ławce w parku i rozmawiamy. Kilkanaście kilometrów od centrum Kolonii. Tak „dla bezpieczeństwa, lepiej tam, jak najdalej od jego rewirów, ponieważ ostatnio on jest nieprzewidywalny”. Ten „on” to jej mąż Robert. Poznała go kilkanaście lat temu. Studiowała wówczas w Tybindze, ale na weekendy wracała do rodziców do Kolonii. Którejś listopadowej soboty czekała w deszczu na taksówkę przed dworcem. Podszedł do niej ze swoim rozłożonym parasolem i dotykając ramieniem, powiedział: „Jest pani cała przemoknięta. Pozwoli mi pani tu postać ze sobą?”.
Pamięta, że od tamtej soboty zaczęła wracać do Kolonii najpierw także dla niego, a po dwóch miesiącach głównie dla niego. Pół roku później pierwszy raz powiedziała mu, że go kocha. Pewnego ranka, kiedy leżała przytulona do niego, wsłuchując się w jego spokojny oddech.
Gdy po naszym ślubie wracaliśmy do domu, byłam chyba najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Zwariowałam na jego punkcie. Chciałam być dla niego najlepszą żoną. I chyba przez pewien czas byłam. Powoli stawaliśmy się rodziną. Urodziłam mu pierwszego syna, po kilku latach drugiego. Pracowałam, gotowałam, sprzątałam, matkowałam, doglądałam budowy i niekiedy sama budowałam nasz dom. Wieczorami siadałam z nim na kanapie i trzymałam go za rękę, a w nocy w sypialni, gdy nie zasnęłam ze zmęczenia, spełniałam w łóżku jego fantazje.
Nie pamiętam momentu, w którym zaczęłam odczuwać, że jestem zamykana w klatce. To wpełzło niezauważone w nasze życie kilka lat temu. Każdy mój wyjazd, czy to służbowy, czy prywatny z koleżankami, był przez niego odbierany jak akt największej małżeńskiej nielojalności. Miałam po pracy wracać do domu i spędzać czas wyłącznie z nim i dziećmi. Kochałam go i te żądania traktowałam jako dowód jego miłości. I godziłam się dla spokoju. Rezygnowałam ze swoich pragnień, czując rozczarowanie, ale ciągle jeszcze nie dostrzegałam w sobie oznak buntu. Ten przyszedł później.
Pewnego razu pojechałam z przyjaciółką do filharmonii w Monachium. Wyłączyłam telefon. Po koncercie zauważyłam, że dzwonił do mnie czterdzieści razy! Gdy w końcu odebrałam telefon, dowiedziałam się, że jestem „nieodpowiedzialna, bezduszna, zostawiam dzieci i jego dla jakichś głupot i że mam z tym raz na zawsze skończyć”. Potem poprosił, aby moja przyjaciółka potwierdziła, że faktycznie jest przy mnie, bo on ma „swoje podejrzenia”. Pamiętam, że czułam się tym absurdem poniżona. Wtedy chyba pierwszy raz poczułam bunt.
Do jego zaborczości dołączyła chorobliwa zazdrość. Zdarzało się, że potrafił rano kazać mi się przebierać, ponieważ mój strój, jego zdaniem, był „wyzywający i wulgarny jak u prostytutki wychodzącej do pracy”. Każdy mężczyzna, który z jakichś powodów pojawiał się w moim życiu, był potencjalnym kochankiem. Czy to kolega z pracy odprowadzający mnie do stacji metra, czy kelner, który pozwolił sobie niewinnie skomplementować mój wygląd. Po pewnym czasie zauważyłam, że kontroluje mój telefon komórkowy, przegląda torebkę, potrafi otwierać listy adresowane do mnie.
Moje przyjaciółki były traktowane przez niego z wrogością. Bo „powinny przecież zająć się swoimi mężami i dziećmi, a nie zabierać czas normalnym rodzinom”. A my w tym czasie przestawaliśmy być normalną rodziną. Stawałam się powoli więźniarką. Próbowałam rozmawiać, prosić, przekonywać. Kończyło się to awanturami. Coraz częściej widziałam łzy w oczach moich przerażonych synów.
W trakcie jednej z takich awantur uderzył mnie. Przestawałam go kochać, zaczynałam się bać. Po dwóch latach, gdy zrozumiałam, że odczuwam wobec niego albo obojętność, albo strach, wyprowadziłam się z dziećmi do rodziców. Przychodzi tam. Codziennie. Zgadzam się na to, bo chłopcy go kochają i potrzebują. Niekiedy rozmawiamy. Chce „wszystko naprawić i zacząć od początku”. Powtarza nieustannie, że mnie kocha. I gdy jest taki dobry, taki jak kiedyś, i widzę łzy w jego proszących oczach, to jest mi wtedy tak bardzo źle.
Bo przypominam sobie ten jego parasol, którym osłaniał mnie od deszczu, to moje zachłyśnięcie się szczęściem w dniu naszego ślubu, dotyk jego dłoni na moim brzuchu, gdy nosiłam w sobie nasze dzieci. Ale to są tylko wspomnienia. Zabił we mnie coś, co tak bardzo pielęgnowałam. Nie kocham go…
Janusz L. Wiśniewski
PANI 11/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Janusz Leon Wiśniewski
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
ostatnio nachodzi mnie refleksja, czy nie warto by bylo... więcej
Reklama
Wasze komentarze (91)
-
28.03 (17:59)
-
03.01 (10:57)Z kolesiem sie cos dzieje ostatnio, tworzy na faceboku profil matki ktora nie zyje, zamieszcza linki a za chwile likwiduje. Kasa ,winko i dziewczyny uderzyły mu do główki;))))to dlatego;))
-
-
06.12.2011 (18:04)
-
29.11.2011 (07:45)takie słabe,że tu nawet nie ma co komentować,nie chciało się przyożyć i tyle;
-
26.11.2011 (13:24)












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli