Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przyjaźń 2.0

Naprawdę dobry seks mam tylko wtedy, kiedy nie jestem w żadnym trwałym związku. Sądzę, że głównie z jednego prostego powodu: sypiam z mężczyzną tylko wówczas, gdy to ja poczuję w sobie impuls.

Myślę, że także dlatego, że mężczyzny, z którym idę do łóżka, nie poznałam jeszcze tak do końca, na pamięć. Obecnie jest trzech takich. Wszyscy są moimi przyjaciółmi. Nie potrzebuję ich obecności na co dzień. Nie chcę ani ich rzeczy w mojej łazience, ani spotkań z nimi w kuchni przy porannej kawie. Wcale nie mam ochoty przeplatać swojej codzienności z ich codziennością. Chcę ich mieć w sposób niecodzienny. I od pewnego czasu zależy mi na tym, aby się z nimi trwale przyjaźnić... Jak może wtedy powstać bliskość, pyta pan? Dobre pytanie. Ja w swoim życiu spałam z około czterdziestoma mężczyznami, ale tylko z czterema z nich miałam tak zwany związek. I muszę panu powiedzieć, że seks z moich związków oceniam jako gorszy niż ten poza nimi. I to nie była wina tych mężczyzn.

Reklama

To ja, gdy tylko zbudowaliśmy jakieś fundamenty bliskości, stopniowo traciłam zainteresowanie. Zupełnie inaczej niż prawie wszystkie moje koleżanki, które dopiero w bliskości - przynajmniej tak twierdziły - "odnajdowały także seksualne spełnienie". Co nie zmienia faktu, że większość z nich dawno jest po rozwodzie i "spełnienia" kilku z nich ostatnio kojarzą się tylko z... mniejsza z tym. To nie jest tak, że traciłam ochotę na seks. Wcale nie! Ja traciłam jedynie ochotę na seks z nimi. Po pewnym czasie wygasało we mnie zaciekawienie, znikała tajemnicza i kusząca obcość towarzysząca na początku.

Po kilku miesiącach wiedziałam, że on chce, a ja już nie za bardzo. Nie uparcie udawałam, że jednak tak, aby on nie zauważył, że jednak nie. Dręczyły mnie przy tym takie wyrzuty sumienia, że powoli stawałam się zimną jak zamrażalnik jędzą z nieustannym PMS-em. Wtedy on prędzej czy później tego nie wytrzymywał i odchodził. Albo to ja nie wytrzymywałam sama ze sobą i - aby nie zwariować i nie stracić przy tym całego szacunku do niego - sama odchodziłam. Przez dwa tygodnie cieszyłam się świętym spokojem i ulgą. A potem? Potem szukałam kolejnego związku w różnych, często przypadkowych łóżkach.

Po czwartym odegraniu tego samego scenariusza odkryłam zalety pewnej nowej wersji relacji z mężczyznami. Przyjaźni z dodatkami. Najłatwiej zaprzyjaźnić się z nimi, gdy od początku twierdzą, że kochają inne kobiety. Można wtedy z nimi bezpiecznie i spokojnie rozmawiać. To nieprawda, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest niemożliwa. Moim zdaniem jest możliwa. Wystarczy tylko, że kobieta zrezygnuje z prawa do wyłączności, a mężczyzna przestanie myśleć o tym, że kogokolwiek zdradza, pragnąc innej kobiety. Tak naprawdę, gdy on nawet momentami jest porażony tą myślą, to i tak wcale nie jest przekonany, że powinien przestać zbliżać się do mnie. Wystarczy go uspokoić, że nie zależy mi na tym, aby odebrać go tej innej kobiecie. Nie mam żadnego problemu, aby ich w tym utwierdzić, bo ja naprawdę nie chcę ich nikomu odebrać.

Wtedy powstaje nowa, uzupełniona wersja tej przyjaźni. Przyjaźń wersja 2.0. To obecnie modne, aby nadawać wszystkiemu nowy, kolejny numer. Pan jest informatykiem i ciągle pracuje nad nowymi wersjami swoich programów, więc doskonale rozumie, o co mi chodzi, prawda? Jak powstaje taka nowa wersja? Tak jak u pana. Podobnie jak pan studiuje problem, tak ja najpierw poznaję się z nimi. Dużo rozmawiamy, bardzo powoli zbliżamy się do siebie, mało wina - dużo mojego zasłuchania. Mężczyźni uwielbiają, gdy się ich słucha i okazuje podziw dla tego, co robią. Zdarzało mi się, że podziwiałam ich za coś, czego nie rozumiałam. Powiem panu, że to było nawet szczere.

Robert na przykład ma doktorat z fizyki i pracuje nad przestrajaniem laserów. Mnie lasery kojarzą się wyłącznie z usuwaniem zmarszczek, a on z podnieceniem opowiadał "o wzbudzaniu laserami masy plazmowej o nieustalonej entropii". Gdy okazało się, że udało mu się ją wzbudzić, dotknęłam delikatnie jego ręki i patrzyłam mu z podziwem w oczy, zwilżając językiem wargi. Staram się, aby erotyka była od początku. Był rozczulony i podniecony. Potem okazało się, że Zuzanna, z którą jest od dwóch lat, "nie może już słuchać tych historii o laserach". Ja słuchałam tego chętnie. Wytłumaczy mi pan potem tę entropię? On nie potrafił. Zanim pierwszy raz poszliśmy do łóżka, także opowiadał mi o laserach.

Podobnie było ze Stefanem od analiz kursów giełdowych i Karstenem od "porównawczej historii przebiegu dyktatur". Karsten jako jedyny z nich ma żonę. Gdy się spotykamy, jest od początku zawsze trochę podniecony, bo wie, że zrobimy coś zakazanego. Na dodatek ma rzadziej seks ze swoją żoną niż ci dwaj pozostali ze swoimi przyjaciółkami. To także w tej sytuacji pomaga. Gdy poczuję swój impuls, wysyłam do każdego z nich SMS. Najczęściej natychmiast dostaję odpowiedź. Sama wybieram, na którego mam ochotę. I wszystko się wtedy zgadza. Ponowna ciekawość, dobra kolacja, interesująca rozmowa, podniecające pokonywanie wstydu, który zdążył pojawić się w tym czasie. Wszystko to składa się na niecodzienny wieczór i czasami całą noc. To, póki co, mi wystarcza, chociaż nie straciłam nadziei na prawdziwy związek. Chciałabym obudzić się którejś niedzieli i przytulić do mężczyzny, z którym naprawdę jestem, a nie tylko bywam. Bo miłość chyba nie ma kolejnych wersji? Jak pan myśli?

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje