Pożegnania z Afryką
Na płaskiej równinie rozległej doliny, kilkanaście kilometrów od wjazdu do parku narodowego Ngorongoro w Tanzanii, znajduje się niewielka masajska wioska.
Około trzech milionów lat temu w okolicy tej wioski wybuchł gigantyczny wulkan, tworząc równie gigantyczny niepowtarzalny krater. W ciągu tych trzech milionów lat w kraterze, wypełnionym w wielu miejscach dobroczynną wodą, pojawiły się najpierw rośliny, potem zwierzęta.
Oprócz 25 tysięcy innych gatunków także zebry, gazele, antylopy, nosorożce, lwy, leopardy, hieny, sępy i bawoły. Aby je zobaczyć na własne oczy - nie w jakimś zakratowanym zoo, ale na wolności - do Ngorongoro przybywają z całego świata ze swoimi lornetkami i aparatami fotograficznymi Mzungu, czyli w języku suahili "biali ludzie".
Niektórzy Mzungu oprócz lwów, hien i sępów chcą zobaczyć także Masajów. Po drodze do Ngorongoro zatrzymują się na pół godziny w wiosce i fotografują jak szaleni. Ponieważ dobrze za to płacą, trzeba zrobić dla nich show. Niekiedy pieniądze, które zostawi jeden hojny Mzungu, starczą przez miesiąc na lekarstwa dla całej wioski. A czasami zostanie nawet na kredę i zeszyty do szkoły.
Dlatego dorosłe kobiety ustawione w chórek odśpiewują pieśń powitalną, a mężczyźni owinięci kolorowymi kocami z laskami symbolizującymi dzidy podskakują w swoim masajskim tańcu adumu. W tym czasie dzieci biegają i śmieją się z Mzungu bez włosów lub z brzuchami tak wielkimi jak u niektórych krów.
Ani kobiety nie śpiewają, ani tym bardziej mężczyźni nie podskakują z własnej woli. Robią to z powodu swojej biedy. Bez płacących dolarami Mzungu nie byłoby szkoły i szpitala, który budowano przez pięć lat. Dlatego wszyscy w wiosce wdzięczni są wulkanowi za jego wybuch sprzed trzech milionów lat i za krater także. I za każdego leoparda i nosorożca w Ngorongoro.
Niektórzy z białych rozglądają się po wiosce. A ci najbardziej ciekawi chcą wejść do manyatty - masajskiego domu, takiego z tyczek wbitych w ziemię, przeplecionych gałązkami i zagipsowanych mieszaniną krowich odchodów z moczem i popiołem. Taki dom zbudowała - bo domy u Masajów budują kobiety, a nie mężczyźni zwani przesadnie wojownikami - jej przyrodnia matka, pierwsza żona jej ojca, wraz z czterema siostrami. Ta sama, która dała przyzwolenie ojcu na drugą i trzecią prawowitą żonę - jej biologiczną matkę.
Masajowie są bowiem poligamistami. Głównie z naturalnej potrzeby, bo śmiertelność noworodków i "wojowników" jest duża. Poza tym praktykowana jest poliandria, czyli forma małżeństwa, w której jedna kobieta ma wielu mężów. W poliandrii od męża pierwszego oczekuje się na przykład ustąpienia miejsca w łóżku, gdy gości mężczyznę z grupy poliandrycznej. Chociaż, co jest przedziwne, to kobieta sama decyduje o spędzeniu z nim nocy. Niezależnie od tego dziecko urodzone przez kobietę jest zawsze uważane za dziecko pierwszego męża.
Ona urodziła się w zwykłej poligamicznej, ale niepoliandrycznej rodzinie. Jej ojciec nazwał ją Nayoma. Miała normalne i do pewnego momentu raczej szczęśliwe dzieciństwo. Czas spędzała głównie na zabawach w wiosce. Wtedy jeszcze szkoły tam nie było. Niekiedy pomagała przy gotowaniu i dojeniu krów. Miała sześciu braci i pięć sióstr. Z tego samego ojca, ale trzech różnych matek. Ostatni moment z wioski, który do dzisiaj najwyraźniej pamięta, to ceremonia obrzezania jej najstarszego brata. Pamięta jego wypchnięte, poprzecinane żyłkami gałki oczne, gdy to się wydarzyło. Bez żadnego znieczulenia.
Milczał jak należało, bo okrzyk bólu przynosi wojownikowi dyshonor. Potem pewnego roku przyszła wielka woda, która zatopiła ich wioskę. Na kaszel i brak lekarstw umarły dwie jej matki. Ojciec utracił wszystkie krowy i któregoś wieczoru nie wrócił już do manyatty. Gdy wielka woda w końcu opadła, a ona także bardzo kaszlała, do wioski przyjechał pewien Mzungu. Nie miał aparatu ani nawet zegarka. Był stary, kulawy, w okularach i miał bliznę na czole.
Nie wie dokładnie, jak to się stało, ale tego dnia pierwszy raz w życiu jechała samochodem, a potem leciała samolotem. Siedziała na kolanach kulawego Mzungu, było jej ciepło, oglądała ziemię na dole i wydawało jej się, że śni. W miejscu z okropnymi zapachami i dźwiękami, których nie znała, zabrali ją do wysokiego jak góra domu pełnego łóżek i ludzi w białych ubraniach.
Po kilku tygodniach przestała kaszleć. Wtedy polecieli o wiele większym samolotem do domu tego Mzungu. Tam poznała swoją nową niewidomą siostrę Alyonę z Ukrainy, brata Ferdinando bez rąk z Filipin i swoją trzecią przyrodnią matkę Carmen z Meksyku. Wokół jej domu na Florydzie rósł ogromny gaj pomarańczowy.
Czasami się jej wydawało, że większy niż krater w Ngorongoro. Cały gaj należy do jej ojczyma. Ona lubi latać. I spoglądać na ziemię na dole. Najpierw nauczyła się angielskiego, potem zrobiła dyplom na uniwersytecie w Miami i licencję pilota. Jej Mzungu ojciec był taki z niej dumny. Wróciła do siebie, do Tanzanii. Bo ona nie lubi ani pomarańczy, ani pieniędzy. I on to zrozumiał.
Poza tym sam wiedział, że pożegnać Afryki się nie da. Czasami przychodzi jej latać z Arusha na Zanzibar. W samolocie przeważnie siedzą przestraszeni Mzungu. Bo jak to? Czarna kobieta pilotem? Po kilku minutach - tak jest zawsze - się uspokajają. Gdy przelatują nad Ngorongoro, to w pobliżu jej wioski zdejmuje słuchawki z uszu, zagryza wargi i obniża na kilka minut lot. A Mzungu myślą, że to dla nich, aby mogli zrobić lepsze zdjęcia...
Janusz L. Wiśniewski
PANI 8/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Janusz Leon Wiśniewski
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (5)
-
18.09.2011 (08:56)Jak zwykle wzruszająco.... Mimochodem, jakby przypadkiem, jakby od niechcenia. Przy pomocy prostych słów czają się emocje. Uwielbiam ten minimalistyczny styl z ogromną dawką emocji. Panie Januszu proszę o wiecej.:)
-
10.09.2011 (23:31)Panie Chenryku SZ.
Też byłam W Jurajskim Parku, ale lwów tam jako żywo nie widziałam, gnu i owszem, niczym łanie przed dietą na tych syberyjskich zielonych łąkach... Coś pięknego poprostu. Jak odbedzie Pan 37 podróż wszysko się zmieni...Tylko proszę baczniej się rozglondać. Może było zbyt ciemno?
~henryksztrochę taki wzruszający ten tekst. Bylem w Afryce i po noclegu w namiocie na terenie parku Masai Mara w Kenii rzeczywiście odczuwam jakieś dziwne tęsknoty gdy czytam m.in. takie teksty. Wrażenie, jakie zrobiła na mnie sawanna PEŁNA ZWIERZĄT porównać można do jakiejś mglistej wizji biblijnego raju. Albo do Jurasic Parku. Gdzie najedzone lwy leżą dosłownie obok pasących sie gnu. Gdzie człowiek jeździ jeepem dosłownie o metr od dzikiego lwa, niczym nie osłonięty, nie chroniony przed ewentualnym atakiem. Gdzie do naszego namiotu przyszedł "z wizytą" wielki, dziki, afrykański słoń! Zbierał sobie jakieś śliwki z ziemi i nie zwracał na nas zupełnie uwagi. A my staliśmy od niego dosłownie o 1,5 metra!!! Gdzie wieczorem z rzeki na terenie campingu wyszło stado hipopotamów wielkich jak wagony kolejowe,pomrukujących groźnie. Hipopotam potrafi biegać nawet do 40 km/h i zabija albo zębami albo tratując człowieka! Tęsknię za afrykańskim śpiewem, taką jakąś rzewną nutą. Nawet dość znane utwory potrafią oni tak przerobić, że brzmią "po afrykańsku". Byłem już chyba w 36 krajach ale tak jak w Kenii ( dokładnie - w głębi sawanny) nigdzie sie nie czułem... -
-
02.09.2011 (12:16)trochę taki wzruszający ten tekst. Bylem w Afryce i po noclegu w namiocie na terenie parku Masai Mara w Kenii rzeczywiście odczuwam jakieś dziwne tęsknoty gdy czytam m.in. takie teksty. Wrażenie, jakie zrobiła na mnie sawanna PEŁNA ZWIERZĄT porównać można do jakiejś mglistej wizji biblijnego raju. Albo do Jurasic Parku. Gdzie najedzone lwy leżą dosłownie obok pasących sie gnu. Gdzie człowiek jeździ jeepem dosłownie o metr od dzikiego lwa, niczym nie osłonięty, nie chroniony przed ewentualnym atakiem. Gdzie do naszego namiotu przyszedł "z wizytą" wielki, dziki, afrykański słoń! Zbierał sobie jakieś śliwki z ziemi i nie zwracał na nas zupełnie uwagi. A my staliśmy od niego dosłownie o 1,5 metra!!! Gdzie wieczorem z rzeki na terenie campingu wyszło stado hipopotamów wielkich jak wagony kolejowe,pomrukujących groźnie. Hipopotam potrafi biegać nawet do 40 km/h i zabija albo zębami albo tratując człowieka! Tęsknię za afrykańskim śpiewem, taką jakąś rzewną nutą. Nawet dość znane utwory potrafią oni tak przerobić, że brzmią "po afrykańsku". Byłem już chyba w 36 krajach ale tak jak w Kenii ( dokładnie - w głębi sawanny) nigdzie sie nie czułem...
-
02.09.2011 (03:09)
-
31.08.2011 (07:24)












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli