Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pomieszanie zmysłów

Kiedy tylko nie rozmawiamy o dzisiaj, to dzisiaj jakby nigdy nie istniało. Ale przecież ono jest. Po tej nocy też nowe było.

Siedzi zgarbiony, opierając łokcie na blacie stolika. Kiedy tylko przerywa swoją opowieść, natychmiast opuszcza głowę i splata dłonie jak do modlitwy. Długo milczy, nerwowo zagryzając spierzchnięte wargi i podejrzliwie rozgląda się wokół. Ma na imię Krystian. Około czterdziestki. Niski, krępy, o dużych niebieskich oczach, które cały czas wydają się załzawione i błyszczą. W roboczej flanelowej koszuli i drelichowych spodniach nie pasuje do luksusowego wystroju wnętrza tej kawiarni. 

Reklama

W pewnej chwili sięga po filiżankę z kawą i mówi przyciszonym głosem: "To nie tak, jak gadają, że u nas zawsze piekło. Momentami jest taka, jaką ją znałem. Przedwczoraj w nocy siedzieliśmy przy stole w kuchni. Dzieciaki spały. Wracając z pracy w Lidlu, kupiłem wino. Ja się na winach nie znam, więc dla pewności kupiłem najdroższe. Chciałem, żeby była zadowolona, bo lubi wino. Obok niej siedziałem. Bardzo blisko, prawie przytulony. Jak dawniej, jeszcze w narzeczeństwie. I wspominaliśmy. Ona ryczała, ja ryczałem i gdy patrzyłem na naszego wilczura leżącego na podłodze, wydawało mi się, że i on płacze. Kiedy tylko nie rozmawiamy o dzisiaj, to jakby to dzisiaj nigdy nie istniało. Ale przecież ono jest. Po tej nocy też nowe było. Rano zostawiła dzieciaki bez śniadania, znikła na cały dzień i do wieczora nie odbierała telefonów. Każdego dnia to dzisiaj jest gorsze. A może nie? Może tylko ja nie potrafię tego ogarnąć? Niech mi pan to, do jasnej cholery, wyjaśni! Gadają, że pan się na tym zna. Nie wiem, jak mam to pojąć i nie dostać pomieszania zmysłów". 

Milknie na chwilę, duszkiem wypija kawę z filiżanki i sięga do kieszeni po brzęczący telefon. Wychodzi z kawiarni. Kiedy wraca, starając się ukryć zdenerwowanie, mówi: "To nieprawda, że nie chcę o nią walczyć. Chcę! Tylko nie wiem jak. Gdyby odbierał mi ją jakiś facet, to wiedziałbym. Mordę bym sprał albo podkuliłbym pod siebie ogon i dałbym jej rozwód. Obojętnie, jak bardzo by to bolało. Ale jak walczyć z jakąś lesbą?! Mówi pan, że widocznie przeoczyłem ważny moment, nie zauważyłem sygnału. Dzisiaj wiem, że niejeden przegapiłem, ale wtedy nie mieściło mi się to w głowie. Myślałem, że o takich rzeczach to tylko na Facebooku piszą albo wymyślili je do jakiegoś serialu. A tymczasem to się wydarzyło w mojej mieścinie, kilkaset metrów od kościoła, w którym braliśmy ślub i chrzciliśmy nasze dzieciaki. 

Dwa lata temu chyba najbardziej się zagapiłem. Zaprosiła do nas swoją przyjaciółkę Marlenę. Bo niby ją z mieszkania eksmitowali. Miała u nas przeczekać i coś znaleźć. Nie dłużej niż tydzień. Ja generalnie ludziom pomagam, ale kiedy z tygodnia zrobiły się dwa miesiące, a ona rozgościła się jak u siebie, to zaczęło mnie to powoli uwierać. Pewnego dnia rano zawróciłem z drogi do pracy, bo telefonu zapomniałem. Kiedy wszedłem do sypialni, zastałem je w naszym łóżku. Obie nagie. Wieczorem dowiedziałem się, że Marlenie na kanapie w salonie było zimno, więc przyszła się do niej ogrzać. Uwierzyłem, chociaż dwa lata temu, może pan pamięta, był wyjątkowo upalny sierpień. Nie potrafiłem wtedy uwierzyć w nic innego. 

Ale teraz jest dwa lata później. Jak zaczęła zaniedbywać dzieci i znikać, wierzyłem, że potrzebuje czasu dla siebie i swoich przyjaciółek. Tak mi opowiadała, gdy robiłem jej awantury. Dwa tygodnie temu dostałem od kogoś życzliwy SMS, że dzieciaki są w domu same, a ona jest z jedną z tych przyjaciółek w hotelu, w miasteczku obok. Życzliwy albo raczej życzliwa wiedziała nawet, w którym pokoju. Nie zamknęły zresztą drzwi... Wieczorem powiedziała mi, że ona ją kocha. Walnęło mnie mocno po mózgu, godności i męskim honorze. Nawet nie pamiętam, kiedy ją popchnąłem. To musiało być wtedy, gdy zaczęła mnie gryźć. Zadzwoniła po policję, przywołała swoją matkę, zwołała sąsiadki. Cała wieś miała swój odcinek serialu na żywo. Najgorsze, że dzieciaki to wszystko widziały i słyszały. Na dodatek za kilka dni we wrześniu rozpocznie się szkoła i dam sobie rękę uciąć, że usłyszą, że ich mama to lesba, a ojciec to chciał ją zamordować. Już teraz cała wieś nas »grilluje« ze wszystkich stron. 

Te pana mądrości o tym, że kobiety mają często swoje epizody z innymi kobietami, wcale mnie nie pocieszają. Niech sobie mają. Może być to nawet więcej niż 60 procent. Moja żona też miała. Bo co to było z tą Marleną dwa lata temu? Ale tym razem to nie jest przecież żaden epizod. Ona chce tę swoją miłość do lesby oprawić w ramki i powiesić na moim życiorysie. Mamy sobie mieszkać w domu, który ja zbudowałem. Mam harować od rana do nocy, aby spłacać kredyt. Mam zasilać konto, aby rachunki nie wisiały i żeby bankomat nie odmawiał wypłat. Mamy razem w niedzielę rano do kościoła chodzić. Ma być tak, jak było, a ona tymczasem się postara odnaleźć to, co nas kiedyś połączyło. Dokładnie tak to nazwała. A jeśli chodzi o dzieciaki, to na razie i tak się nie połapią, bo to będzie dla nich tylko jakaś ciocia Joasia, którą mama lubi. Ta pana rada, aby to przeczekać, to bzdura".

PANI 9/2017

Janusz L. Wiśniewski - był rybakiem dalekomorskim, jest dr. informatyki i dr. hab. chemii. Napisał m.in.: "Samotność w Sieci", "Na fejsie z moim synem. Historię surrealistyczną", "Bikini", "Łóżko", "Grand", "Udrękę braku pożądania" (wybór felietonów do PANI), a razem z Małgorzatą Domagalik "188 dni i nocy" i "Między wierszami", zaś wspólnie z Iradą Wownenko "Miłość oraz inne dysonanse". We współautorstwie wydał zbiór opowiadań "Kulminacje", a niedawno ich kontynuację pt. "Eksplozje". Mieszka i pracuje we Frankfurcie nad Menem. Ma dwie córki. 

Zobacz także:

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje