Od jutra nie piję
Ankę do ośrodka przywiozła siostra. W niedzielę wieczorem stanęły przed bramą prowadzącą do zasypanego śniegiem ogrodu otaczającego dwupiętrowy budynek.
Zadzwoniła z drogi, że przyjadą. W ośrodku nikt nie pyta, dlaczego akurat w niedzielę, nikt także nie upewnia się, o której i czy na pewno. W ośrodku bowiem wiedzą, że gdy ktoś jest w drodze do nich, to znaczy, że każde takie pytanie jest jak skrzypiący dysonans.
Zresztą prawie nigdy nie dzwonią do nich pacjenci. W większości ich matki, ojcowie, bracia, siostry, mężowie lub żony. Czasami zdarza się także, że córki lub synowie. Przyszli pacjenci wstydzą się zadzwonić. Głównie dlatego, iż do końca nie są przekonani, że są chorzy. Po prostu częściej niż inni piją. Ale przecież wszyscy piją. Oni może tylko trochę więcej. Jednak to nie żadna choroba. Gdyby chcieli, to mogą przestać pić. I chociaż bardzo chcą, odkładają to na jutro. Jutro będą bardziej chcieć. A od pojutrza to już absolutnie bardzo. Dzisiaj jednak jeszcze nie.
O tym, że są alkoholikami, dowiadują się od swoich bliskich nieustannie. Na początku w trakcie spokojnych rozmów, potem głośnych kłótni, a na końcu rozpaczliwych awantur. Pani Zofia, najstarsza pielęgniarka z ośrodka, która – jak sama twierdzi – jest alkoholiczką, uważa, że najważniejszy moment w trakcie całej terapii to chwila, gdy ktoś zrozumie, że jest alkoholikiem. Niektórzy potrzebują na to kilku dni, inni kilku tygodni, ale zna także przypadki, że kilku lat.
Pani Zofia uważa, że alkoholikiem się jest do końca życia, więc gramatyczne przejście na czas przeszły „z jestem na byłam/em‚ także w jej przypadku (nie pije od 24 lat, 8 miesięcy i 14 dni) jest właśnie tylko gramatyczne. Bo przestać pić jest prosto. Wystarczy nie pić przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. A potem tak każdego dnia. To „prosto powiedzieć”, jak mówi pielęgniarka Zofia. Ale wygrać te „zapasy” z demonami w środku wcale prosto nie jest. Ankę przywiozła do ośrodka Magda, jej młodsza siostra. O wiele młodsza. Gdy Magda się rodziła, w maju, to Anka pisała akurat maturę. Mają różnych ojców i być może dlatego nie są do siebie podobne.
Ale paradoksalnie to nie ojciec Anki był alkoholikiem, a ich wspólna matka alkoholu nienawidziła. Głównie z powodu bardzo złych wspomnień ze swojego dzieciństwa. Więc jeśli ten alkoholizm jest jakimś obciążeniem genetycznym, to pochodzi z drugiego pokolenia. I to ze strony dziadka. Anka swoją siostrzyczkę ubóstwiała. Zmieniała jej pieluchy, pomagała pisać wypracowania i przeżywała z nią pierwsze miłości. Gdy siostra Anki pisała maturę, ona sama – swój doktorat. To wtedy zaczęła pić. Bo promotor cztery razy zmieniał temat jej pracy, bo młodość jej mijała, a ona poznawała tylko żonatych mężczyzn, którzy i tak na końcu wracali do swoich żon.
Bo dopadała ją depresja, a po butelce wina mijała. Gdy była pijana, przestawała się bać. Na rauszu przyszłość nie przerażała. Podobnie jak zmarszczki na twarzy i siwizna niefarbowanych włosów. Najpierw piła wieczorami, po powrocie do domu z uczelni, potem chowała butelki w swoim biurku i piła „po obiedzie”, na końcu do bułek, kefiru i twarogu na śniadanie dokupowała butelkę wina, aby przetrwać do lunchu. Czasami wieczorami w nocnym sklepiku – trzecią. Potem z wina przeszła na koniaki. Wino zbyt wolno działało.
Koniaki były bardziej skuteczne. Poza tym zmieszane z colą wyglądały na biurku, przy monitorze komputera, jak szklanka wypełniona colą. To było bezpieczniejsze. Nie pamięta, od kiedy zaczęła pić zaraz po umyciu zębów w łazience. W każdym razie dopiero po porannym drinku mogła opanować drżenie rąk.
Magda od pewnego momentu nie dawała się oszukać wymówką „kolejnych urodzin w instytucie”. Musiałaby uwierzyć, że każdego dnia ktoś je obchodzi. Także w dni wolne od pracy. Odwiedzała Ankę prawie każdego wieczora. Gdy zdążyła, zanim była zupełnie pijana, to rozmawiały. Tłumaczyła, prosiła, krzyczała, błagała. Ostatniej soboty także przyszła. Anka leżała nieprzytomna na podłodze w kuchni. W drodze do lodówki po wódkę upadła, uderzając głową o krawędź piekarnika. Magda ubrała ją i zadzwoniła po męża. Położyli ją na tylnym siedzeniu samochodu. Ocknęła się ze swojego zamroczenia w połowie drogi do ośrodka.
Przez tydzień była na detoksie. Kroplówki z glukozy i soli mineralnych. Do tego leki uspokajające, przeciwdrgawkowe i przeciwpadaczkowe. Poza tym uzupełnianie witamin, głównie z grupy B, oraz magnez i potas w dużych dawkach. Pomiędzy nimi rozmowy z psychologami i przysłuchiwanie się historiom innych w czasie terapii grupowych. Wojtek, który zapijał pamięć o znęcającym się nad nim ojcu, zakonnica Joanna, która straciła powołanie, ale także odwagę, aby żyć poza klasztorem, Patryk, który wolał pić, aby nie brać narkotyków, a na końcu narkotyki popijał wódką.
Pierwszy dzień bez picia. Potem kolejny. Mozolna walka, aby się nie poddać i nie wyjść za bramę po to, by pobiec do pierwszego sklepu. Odkrywanie na nowo zapomnianego świata na trzeźwo. Z lękami, które trzeba także na trzeźwo przetrwać. Ale pani Zofia ma rację. Przestać pić jest prosto. Wystarczy nie pić przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Sztuką jest nie zacząć znowu.
PS. Maciejowi, z nadzieją…
Janusz L. Wiśniewski
PANI 12/2011
Artykuł pochodzi z kategorii: Janusz Leon Wiśniewski
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
ostatnio nachodzi mnie refleksja, czy nie warto by bylo... więcej












Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli