Przejdź na stronę główną Interia.pl

O końcu miłości

To wcale nieprawda, że strona, która decyduje się powiedzieć te okrutne słowa, cierpi mniej. Często jest zupełnie na odwrót.

"Nigdy nie wychodź za mąż za mężczyznę, z którym nie mogłabyś się rozwieść", radziła sarkastycznie Nora Ephron, amerykańska pisarka, scenarzystka i reżyserka.

Reklama

Ephron wiedziała, co mówi. W 1980 roku rozwiodła się z dziennikarzem Carlem Bernsteinem (znanym z odkrycia afery Watergate). Okoliczności i traumę swojego rozwodu opisała w noweli "Zgaga", która stała się podstawą scenariusza filmu o tym samym tytule.

Ponownie tematyką emocjonalnych zawirowań wokół rozstań i powrotów zajęła się Ephron w kultowym filmie "Kiedy Harry poznał Sally". O ile w tym optymistycznym filmie para musi się rozstać, aby odkryć, że oprócz przyjaźni łączy ich miłość, o tyle w prawdziwym życiu rozstanie jest zazwyczaj końcem miłości i często też początkiem wojny na śmierć i życie...

Koniec miłości jest bezlitosny, niekiedy barbarzyński. Przynajmniej jedna ze stron musi odważyć się i powiedzieć: nie wystarczasz mi, nie chcę z tobą żyć, nie kocham cię. A druga strona nie może przed tą prawdą nijak uciec. Koniec miłości jest także końcem nadziei i wszystkiego, co dotychczas było w czyimś życiu najpiękniejsze.

To wcale nieprawda, że strona, która decyduje się powiedzieć te okrutne słowa, cierpi mniej. Często jest zupełnie na odwrót. Na dodatek to on lub ona będzie niosła przez długi czas na plecach ciężki krzyż winy "zniszczenia komuś życia".

Psychologowie twierdzą, że mało które wydarzenie w życiu człowieka jest tak destrukcyjne jak rozstanie. Rozmiar spustoszenia porównują do śmierci najbliższego nam człowieka. Wielu nie przyjmuje do wiadomości obwieszczenia o końcu miłości. Chcą ją odtworzyć, cofnąć czas, często wymusić.

W Niemczech w 2016 roku ponad osiem tysięcy osób złożyło na policji zawiadomienia o "prześladowaniach" przez byłe partnerki lub partnerów.

Wyspecjalizowana w terapii par amerykańska psychoterapeutka oraz autorka bestsellerowej książki "Conscious Uncoupling..." ("Świadome rozłączenie" - tłum. red.) Katherine Woodward Thomas uważa, iż taka postawa prowadzi wielu ludzi prostą drogą na krawędź autodestrukcji.

I podaje przykład młodej nauczycielki ze szkoły podstawowej w Kansas. W dzień - niedościgniony wzorzec dla dzieci. Cierpliwa, empatyczna, uwielbiana. A wieczorami biegająca ze śrubokrętem, aby porysować i przebić opony w samochodzie byłego chłopaka, który zostawił ją dla innej. Trafia za to do aresztu, tracąc prawo wykonywania zawodu.

Znane i ostatnio znowu popularne powiedzenie polskiego polityka: "Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy", można rozszerzyć także na "prawdziwe kobiety". Tak uważa znany berliński psychoterapeuta Christian Thiel. Od 15 lat pomaga parom ratować ich związki. Doradza także wówczas, gdy tak naprawdę nie ma już nic do uratowania poza odrobiną szacunku do siebie, godnością i przed katastrofą w życiu dzieci takich par.

Ogląda przy tym koniec miłości ze wszystkich możliwych stron. Spektakl bardzo często upiorny i przerażający, jak twierdzi Thiel. Dwójka ludzi, którzy kiedyś się rzekomo kochali, obrzuca się wyzwiskami, rani, poniża, kipiąc przy tym jadem nienawiści. Podobnie jak miłość z początku ma swoją narkotyczną chemię, tak i nienawiść z końca taką chemię posiada.

Obie prowadzą do swoistego emocjonalnego zaślepienia i rauszu, tyle tylko, że ich skutki są przeciwne. Eksperymenty neurobiologów wykazały, że biochemia mózgu osób odczuwających ekstremalny ból (na przykład gdy chodzą po rozżarzonym węglu) oraz tych w neurozie szaleńczego zakochania jest zadziwiająco podobna.

A rozstanie to ból ogromny. Przynajmniej dla jednej ze stron. To właśnie nienawiść staje się naturalną mimikrą tego bólu, a zemsta próbą jego złagodzenia.

Ludzie nie potrafią się rozstawać. Nie mają na to żadnego wzorca, a tym bardziej moralnego protokołu. Coraz częściej rozstanie to jedynie zakończenie kolejnego związku. Masowo rozpowszechniany w mediach przekaz stał się jednoznaczny: masz prawo do szczęścia i osiągaj je za wszelką cenę. Egoizm i hedonizm w tych przekazach zostaje przedstawiony jako dowód asertywności w drodze do samorealizacji. W biografię miłości zaczyna być wpisywana jej nieuchronna śmierć.

Możliwość porzucenia kogoś, kto nie spełnia naszych oczekiwań, zaczyna być uznawana za fundamentalne prawo, jednakże etyczne i moralne standardy jego stosowania nie istnieją. Ortodoksyjny obrońca zwierząt, zatwardziały weganin angażujący się w pomoc uchodźcom wysyła wieloletniej partnerce SMS o treści: "Znalazłem kogoś innego, przykro mi. Do widzenia i dużo szczęścia".

Nie dość, że traktuje to jako formalne zakończenie związku, to na dodatek nie czuje przy tym żadnego etycznego dysonansu. W swojej opinii pozostaje istotą o najwyższych standardach moralnych...

PANI 8/2017

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje