Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nieodparte pragnienie bliskości

Gdy mnie pytają, odpowiadam, że pomagam ludziom się zakochać. Chyba tak najlepiej nazywa się to, co robię. Chociaż ostatnio nie jestem już tego taka pewna.

Z zawodu jestem tłumaczem. Po studiach na uniwersytecie w Sankt Petersburgu i doktoracie z anglistyki w Jekaterynburgu. Pracuję w biurze matrymonialnym w Velikym Novgorodzie. To niewielkie miasto niedaleko Petersburga, niespełna dwieście kilometrów autostradą… Moja praca polega na tłumaczeniu listów z rosyjskiego na angielski lub odwrotnie. Bardzo często takich z najbardziej intymnymi szczegółami. Ostatnio jednak nie tłumaczę żadnych listów. Tworzę je sama od początku do końca, bo kobiety, które do nas przychodzą, wcale nie są zainteresowane uczuciami. Chcą tylko jednego: wyjść za mąż i wyjechać stąd jak najdalej. Ale tego nie można napisać wprost. Sam pan rozumie. Musi być przynajmniej jakieś małe sentymentalne kłamstwo, na przykład o „nieodpartym pragnieniu bliskości i wszechobecnej samotności”. Wtedy one opowiadają mi swoje historie, a potem ja sama muszę czuć zamiast nich. I odpowiednio, włączając zgrabnie to kłamstwo, opisać. Jeszcze się nie zdarzyło, abym nie czuła tak jak te kobiety. Pisząc pierwszy list takich kobiet, zaczynam żyć ich życiem. Mój szef twierdzi, że mam zbyt „piękne serce”, za które daje mi najwyższe premie. Ale ja, proszę mi wierzyć, nie dla premii przybieram ich imiona, wplatam się w ich pokręcone biografie, jestem córką ich rodziców, a także właścicielką ich półnagich piersi z fotografii, które załączyły. Niekiedy jestem też matką ich dziecka, które im się „przydarzyło”. Albo w małżeństwie, które mają „szczęśliwie poza sobą”, albo „po drodze z nieuwagi”.

Reklama

Dziecka nigdy nie przemilczają.

To jest reguła. Głównie jednak opowiadam o ich wyimaginowanych pragnieniach, których one nie mają albo jeśli mają, to nie chcą albo nie potrafią mi o nich opowiedzieć. Niektóre z nich nie chcą czytać tego, co w ich imieniu napisałam. Chcą jedynie przyjść któregoś dnia do mojego biura i dowiedzieć się, że „on się zdecydował i przylatuje do St. Petersburga lub Moskwy”. Wtedy wybiegają z mojego biura przerażone swoim szczęściem, zaczynają drastyczne głodówki, aby schudnąć w ciągu kilku dni lub tygodni, które pozostały do spotkania, kupują w księgarniach rozmówki, zaczynają oszczędzać pieniądze na fryzjera, kosmetyczkę, a ostatnio także na operacje plastyczne. Nie dociera do nich, choć staram się im to wytłumaczyć, że takie pierwsze spotkanie to nie jest żadna obietnica. Często ci mężczyźni przylatują, szczególnie starsi, tacy w pana wieku, tylko po to, aby spędzić w Moskwie lub Petersburgu weekend urozmaicony prawie pewnym seksem z młodą dziewczyną. Potem zostawiają jej ogromną nadzieję, jakiś drobny prezent i odlatują. Na zawsze. Najczęściej robią tak Hiszpanie, Włosi i Niemcy. Wiem o tym, bo to od nich nie nadchodzą już żadne kolejne listy do tłumaczenia. Za to listy po takich spotkaniach najczęściej przychodzą od Japończyków, Szwajcarów i… Polaków.

Ma pan rację. To prawda, że te kobiety są bardzo naiwne.

Ale one są naiwne z desperacji. Pan nie widział prawdziwej Rosji. Ona zaczyna się tak dwadzieścia kilometrów za linią, gdzie mieszkańcy Petersburga lub Moskwy postawili swoje dacze. Tam pan nie był, prawda? W prawdziwej Rosji jest mało nadziei na miłość i życie, które pan opisuje w swoich książkach. Jest za to dużo wódki, dni bliźniaczo podobnych do siebie, braku sensu i perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Te kobiety, póki co, mają tylko swoją młodość, urodę i marzenia skopiowane od bohaterek seriali. Nie. Wycofuję to. One nie są naiwne. Liczą na zrządzenie losu i są zdeterminowane. Jeśli mężczyzna na zdjęciu załączonym do listu ma dwie nogi i dwie ręce, to co więcej trzeba? Widział pan kiedyś zezowatego Japończyka powyżej sześćdziesiątki? Ja widziałam...

Chciałabym pisać książki. Tak jak pan.

Aby podzielić się ze światem tymi wszystkimi opowieściami, które kłębią się w mojej głowie. Ludzka pamięć jest dziwacznym zjawiskiem. Uparcie przechowuje na zawsze rzeczy, o których chciałoby się zapomnieć. Ale ja nie potrafię niczego zapomnieć. I na dodatek mam to zbyt „piękne serce”. Wyrzuciłabym wtedy z siebie na przykład historię Larysy, która jest teraz prostytutką w Moskwie. Pojechała tam na spotkanie z pewnym Włochem, który prócz listów przysyłał jej regularnie bukiety kwiatów przez Fleurop.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje