pozdrawiam :-)
PS. Mam cichą nadzieje, że czasem Pan tu zagląda.
Najtrudniej jest spełnić obietnice złożone samemu sobie. Szczególnie te wypowiedziane szeptem lub pomyślane w tajemnicy przed wszystkimi.
Nie ma nikogo, kto mógłby poczuć się rozczarowany lub dotknięty ich niedotrzymaniem. Pomijają nas samych, zapominając o naszym sumieniu. Ale my siebie zawsze przed nami samymi jakoś zgrabnie i przekonująco usprawiedliwimy, wymyślając na poczekaniu „utrudnienia”, „przeszkody”, „niezależne od nas warunki obiektywne”, „opór materiału” i tym podobne.
A sumienie? „Sumienie jest jak stal i trzeba je hartować”, twierdzi żartobliwie mój przyjaciel, znawca literatury rosyjskiej. Do takich obietnic należą tak zwane postanowienia noworoczne. Przez niektórych traktowane z największą powagą i na przykład spisywane skrzętnie przez cały rok w specjalnym notesie (mam koleżankę, która na początku stycznia publikuje zapiski z tego notesu na swoim profilu w portalu społecznościowym Facebook, a pod koniec grudnia publicznie się z tych postanowień na tymże Facebooku „rozlicza”).
Z kolei przez innych interpretowane raczej jako tradycja, przyzwyczajenie lub element powtarzalnej ceremonii, której poświęca się co najwyżej minutę lub dwie rozmyślań tuż przed wybiciem przez zegar końca pewnego grudniowego dnia, który astronomowie zadeklarowali uroczyście jako koniec roku. Z moim przyjacielem od „hartowanej stali i sumienia” znamy się od ponad czterdziestu lat. Opowiadamy sobie nasze życia. Lubię go słuchać. Uczę się od niego wielu rzeczy.
Ostatnio w ramach żartobliwego eksperymentu postanowiliśmy rozliczyć się nawzajem z naszych noworocznych postanowień. On wyznał mi swoje, ja jemu moje. Umówiliśmy się, iż pominiemy te niegodne uwagi powtarzane od lat: rzucę palenie, przeczytam do końca „Ulissesa”, będę uprawiał jakiś sport, mniej pracował, mniej pił (oprócz kalifornijskiego chardonnay), schudnę, zrobię sobie test PSA na raka prostaty, prześwietlę płuca, spiszę testament. Te akurat były nie do spełnienia w jakimś realnym horyzoncie czasowym.
Dlatego traktowaliśmy je jako pisane – jak w umowach z bankiem lub ubezpieczycielem – małym drukiem i jak każdy normalny człowiek je pomijaliśmy. Skupialiśmy się na tych istotnych, jak gdyby napisanych w głównej części umowy. Jedno z nich mnie zatrzymało, dało do myślenia i poruszyło. Odnalazłem w nim siebie i moje lęki. Andrzej powiedział w pewnym momencie: „Obiecuję w następnym roku przestać być narcyzem”. Dokładnie tak. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że można by go tak określić. Prawdą jest, iż był nierzadko skupiony na sobie. Można było, ale jedynie momentami, odkryć w nim egocentryka. Natomiast nigdy nie narcyza.
Zawsze interesował go los innych, nie ominął na ulicy żadnego żebraka, od lat wspomagał najróżniejsze fundacje. I jako osoba prywatna, i jako właściciel firmy. Mój przyjaciel Andrzej narcyzem?! Nigdy! Raczej filantropem. Okazało się wkrótce, że chodzi tutaj o zupełnie inny narcyzm. Ten dotyczący jego związków z kobietami. Andrzej nigdy nie potrafił zbudować poprawnej relacji z kobietą. Ponieważ nigdy się tego nie nauczył. Nie musiał. To kobiety budowały te relacje za niego. Najczęściej bez jego udziału.
Najpierw nadopiekuńcza matka, która po tragicznej śmierci męża całą miłość przelała na jedynaka i z lęku przed kolejnym nieszczęściem zaczęła zamykać go w szczelnej klatce bliskości. Na dodatek nieustannie przekonywała go o wyjątkowości i wyższości nad innymi. Nie chcąc rozczarować ubóstwiającej go matki, wytworzył w sobie chorobliwą potrzebę bycia najlepszym. Tak, aby kolejnymi osiągnięciami coraz bardziej zasługiwać na jej miłość. Uzależnił się najpierw od podziwu matki, a potem innych.
Przestał radzić sobie z wszelką krytyką, stając się nieomal alergicznie przeczulony na swoim punkcie. Zaczął wierzyć, że jest się albo genialnym, albo bezwartościowym. Pośrodku nie ma nic. On, oczywiście, jest genialny. Wie o tym od dzieciństwa, a ponadto w swoim 7-dniowym tygodniu pracy pracuje na to nierzadko po szesnaście godzin na dobę. Potwierdzenia własnej wyjątkowości szukał także w relacjach z kobietami, które dopuszczał do swojego świata. Akceptował tylko te, które darzyły go podziwem i jak echo powtarzały słowa jego matki…
Mitologiczny Narcyz złamał setki serc, sam zaś nie kochał nikogo, nawet zakochanej w nim bez pamięci nimfy Echo. Został za to ukarany przez Artemidę, która ulitowała się nad cierpieniem kolejnej umierającej z miłości do Narcyza kobiety. Sprawiła, że ujrzał swoje odbicie w wodzie i pokochał je. Za każdym razem gdy próbował je pocałować, ono znikało. Z rozpaczy popełnił samobójstwo. Echo pozostała mu wierna także po jego śmierci i powtarzała pełne bólu i skargi słowa Narcyza. Był z kobietami dopóty, dopóki otrzymywał od nich ten podziw i odzwierciedlały to, co mówił lub robił.
Gdy tylko chciały być zauważone, docenione lub ujawniały walory, które mogły zagrozić jego wspaniałości, były przez niego bez skrupułów porzucane. Nie zauważał albo ignorował fakt, iż one go kochały. Wpadł w bolesny samozachwyt. Chce się od tego uwolnić, ponieważ cierpi. W mijającym roku to on został, po raz pierwszy, wykreślony z życia pewnej kobiety, która tak jak on uwielbia swoje odbicie w strumieniu…
Janusz L. Wiśniewski
PANI 1/2011
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli